Felietony

Czyja historia?

Grzegorz Braun

Dosyć finansowania antypolskiej agitacji z polskich budżetów - czas zaprzestać retransmisji cudzych narracji degradujących Polaka do roli wiecznego winowajcy, petenta i aspiranta.

Z historią, jak z polityką – jeśli nawet ze swej strony deklarujemy brak zainteresowania, ona sama prędzej czy później zainteresuje się nami. Jeśli nawet na szkolnych lekcjach z sukcesem udawało się nam dekować w ostatniej ławce, a na uczelni przesypiać obowiązkowe wykłady – prędzej czy później okaże się, że od historii nie ma ucieczki. Chcemy, czy nie chcemy, należymy do niej, jesteśmy jej częścią. Rzecz w tym, kto jest autorem narracji – kto opowiada? Czy występujemy we własnej, czy cudzej historii – jako pełnoprawny protagonista, mający własny głos, własną dykcję i własną narrację? Czy też jako czarny charakter, albo głupi Jasio i chłopiec do bicia – wiecznie drugoplanowa postać cudzej haggady? Albo opowiadamy swoją historię oryginalnym i mocnym głosem – albo inni nam ją opowiadają. I wówczas nie liczmy na żadną litość – żadną uczciwość badawczą, ani żadną sprawiedliwość osądu.

W wielowiekowej praktyce historia pisana (żadne to odkrycie) jest przede wszystkim narzędziem propagandy, dominacji, a wręcz przemocy – dobrze, jeśli tylko symbolicznej. W gorszych przypadkach historiografia usłużnie podsuwa oprawcom i okupantom poręczne alibi – legitymizuje każde bestialstwo i z góry rozgrzesza każdą niegodziwość popełnioną przez „białych sahibów” wobec „podludzi”. Od prawieków bezwzględni agresorzy dbali o historyczną podbudowę własnych pretensji – zawczasu zamawiali odpowiadające ich zamiarom wersje historii takie, by inwazję można było nazywać „marszem wyzwolicielskim”, a eksterminację „misją cywilizacyjną”. Historiografia i historiozofia jakże często służyły imperialistom jako rezerwuar argumentów, które służyć miały delegitymizacji, uzasadniać wyzucie z suwerenności, majętności, godności – wreszcie nawet pozbawianie wolności osobistej, a w końcu i życia.

Nawet, a może zwłaszcza najbardziej bezwzględni zbrodniarze i najbardziej prostaccy totalniacy podzielają jedną słabość: chcą dobrze wypaść przed sądem historii. Chcą mieć „porządek w papierach” – nie wyłączając podręczników. Na wszelki wypadek wolą więc podyktować odnoszące się do nich ustępy – zaczynając od dziecięcych czytanek, a na akademickich cegłach kończąc. Starają się z góry zadbać o korzystną korektę wizerunkową – doskonale rozumiejąc, że „kto panuje nad przeszłością, ten panuje nad przyszłością” (Orwell). Rzecz jasna nie czynią tego osobiście – mają od tego właśnie płatnych panegirystów, w tym tzw. historyków. Badaczy, którzy dobrze wiedzą co badać, a czego nie tykać; po które świadectwa sięgać, które ignorować; które ekshumacje wszczynać, a które pilnie zamykać. Niestety, w domenie Klio doskonale potwierdza się reguła aforystycznie ustalona przez hr. Fredrę: „Nie brak świadków na tym świecie…”

W czasach wojennych dokonuje się radykalnych korekt historii całkiem już bez ceregieli – jak czynili to nasi stali rozbiorcy i okupanci, systematycznie wywożąc lub po prostu niszcząc większość pierwszorzędnych źródeł do naszych dziejów; paląc archiwalia i kradnąc zabytki. Było to przecież stałą praktyką – od potopu szwedzkiego, do spalenia zbiorów na warszawskim Okólniku. Wszak to z ksiąg zrabowanych w Polsce zostały przecież założone zręby najważniejszych bibliotek w Uppsali i Petersburgu. A ileż niemieckich – później prawem kaduka sowieckich i amerykańskich - kolekcji wzbogaciły unikaty wywiezione z Polski? W czasach „pokoju” operowano już znacznie subtelniejszymi środkami – i tak bez jednego wystrzału udało się współczesnym Niemcom wejść w posiadanie części zasobów d. komisji badania zbrodni hitlerowskich; a współcześni Rosjanie nie mają żadnych skrupułów w zamykaniu dostępu do pierwszorzędnych dla nas archiwaliów, w których posiadanie weszli jeszcze za sowieckich czy carskich czasów. Tymczasem nad polską historią pochylają się z troską tacy spece, jak Norman Davis czy Timothy Snyder – na domiar złego, bo przecież ich podszyta nieuleczalnym poczuciem wyższości anglosaska perspektywa badawcza w gruncie rzeczy również zalicza nas do gatunku narodów sezonowych. A polskojęzyczni pisarze na zachodnich stypendiach piszą kolejne elaboraty w duchu „pedagogiki wstydu”. Wojny nikt nam jeszcze nie wypowiada – ale przecież inni nie zasypiają gruszek w popiele: oto rosyjski sąd skazuje jakiegoś Bogu ducha winnego blogera za przypomnienie kooperacji Stalina z Hitlerem, a Yad Vashem oznajmia, że ew. penalizacja określeń w rodzaju „polskich obozów śmierci” to jest coś, co „ociera się o negowanie holokaustu” (sic!).

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

Kondotier cudzej sprawy

Owszem, Kościuszko nie należał do najbardziej zajadłych „bolszewików” swojej generacji – ale czyż „mieńszewicy” mają do końca świata okupować polski panteon narodowy?

Krzysztof Galimski

Pistolet Pulemiot Szpagina wz. 1941

Nic tak nie cieszy jak seria z pepeszy.