Felietony

Rachunki za Wołyń

Grzegorz Braun

Minęły już blisko trzy ćwierci wieku, a my nadal nie wiemy, co nas właściwie spotkało. Jakie były polityczne, militarne, ekonomiczne i policyjno-prowokacyjne uwarunkowania tamtej czystki etnicznej?

Trzeba przyznać: „Wołyń” jest filmem z prawdziwego zdarzenia. Jest co oglądać, jest o czym rozmawiać – to nie jest ta bieda, nuda i siermięga, do której zdążyła nas przyzwyczaić postpeerelowska kinematografia.

Owszem, przydałyby się pewne ingerencje montażowe – zwłaszcza w pierwszej części filmu – ale zdając sobie sprawę ze skali i kalibru wyzwań, jakim trzeba tu było sprostać, stanowczo zachęcam, by doceniać rangę reżyserskiego osiągnięcia. „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego to nie jest jeden z tych zastępczych produktów filmopodobnych, jeden z tych ochłapów rzucanych na odczepnego Polakom złaknionym obrazu własnej historii – w rodzaju „Wojny 1920”, „Przedwiośnia” czy „Syberiady”. Nie jest to również kolejny tak ewidentny produkt propagandy antypolskiej, obraźliwy w swoim pokrętnym zafałszowaniu rzeczywistości – jak np.: „Rewers”, „Obława”, „Ida” czy „Pokłosie”, albo „Wyrok na Franciszka Kłosa”, „Katyń” czy „Wałęsa” (przykłady można mnożyć, ale niewątpliwie nieboszczyk Wajda i tak zajmie zawsze czołową pozycję w takim anty-rankingu – najlepiej zrobionych, a najpodlej zakłamanych filmów). Nie jest to również film tak problematyczny inscenizacyjnie i dramaturgicznie – jak np. „Historia Roja” czy „Smoleńsk” – owszem, w swoim rodzaju przełomowe i próbujące oddać sprawiedliwość poległym i pomordowanym, ale niezdolne do wyrównanego pojedynku z lepiej doinwestowanymi produkcyjniakami, a nawet i z dość przecież żałosną konfekcją serialową w rodzaju „Czasu honoru”.

Trafiały się w tym polit-poprawnym kinie i telewizji III RP pewne momenty wzruszeń – np. w rewelacyjnym, a tak niedocenionym, bo i haniebnie niedoinwestowanym serialu „Wojna i miłość” (o wojnie 1920 r.) – ale i tak wszystko to były obrazy tylko pełniące obowiązki filmów. Zarzut ten dotyczy nawet tak sztandarowych i monumentalnych produkcji jak „Miasto 44”, które okazało się kompletnie niewydolne dramaturgicznie (niestety, jedna scena z „Kanału” ma w sobie więcej dramatyzmu, niż cały ten epos); natomiast na poziomie historiografii okazało się regresywne do poziomu „Czterech pancernych” (bo w takim samym stopniu odsłaniające realny kontekst sytuacyjny, polityczny wydarzeń). W wypadku filmu Smarzowskiego po raz pierwszy mamy do czynienia ze znacznie poważniejszym wyzwaniem – poziom rzetelności warsztatowej w podejściu zarówno do materii filmowej, jak i faktografii nie pozwala zbyć tego filmu lekko, ani skrytykować nonszalancko. A jednak – ze szczerym uznaniem dla naprawdę wybitnych osiągnięć wykonawców i realizatorów – nie wypada również przyjmować go bezkrytycznie.

Najpierw zatem komplementy. Nie ma wątpliwości, że „Wołyń” nareszcie przerywa tę niemal kompletną ciszę w eterze, która w sprawie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach trwała jeszcze do niedawna na poziomie mass mediów „głównego ścieku”. Nie ma wątpliwości, że reżyser dokonuje tego przełomu na poziomie przekraczającym najśmielsze oczekiwania – dając szerokie i w przeważającej mierze dobrze zagospodarowane pole do popisu wszystkim współtwórcom. Szacunek budzą zarówno dokonania aktorskie, jak i operatorskie. Nie ma właściwie takiego pionu realizatorskiego, który nie wyróżniłby się in plus na tle powyżej zarysowanego pejzażu – i dźwięk, i kostium, i efekty specjalne – wszystko to jest, jeszcze raz powtórzę, filmowa robota z prawdziwego zdarzenia. Szczególne uznanie należy się jednak autorom za kunszt i kulturę, z jaką podeszli do wszelkich drastyczności, które stanowią wszak – nie ma co ukrywać – o sile wyrazu całego dzieła. Otóż warto zauważyć, że efekt grozy osiągnięty tu został – wbrew pozorom, co najwyraźniej umyka uwadze części recenzentów – bardzo subtelnymi środkami filmowymi.

Okropności mordów dokonywanych na bezbronnych cywilach – nie wyłączając kobiet, dzieci i starców – zostały przedstawione z rzadkim wyczuciem i delikatnością. Z jednej strony reżyser nie ucieka przecież od realizmu, sięgając po wszelkie narzędzia i specjalne środki, jakimi dysponuje dziś kino – ale z drugiej strony zdaje się czynić wszystko, aby nie przekraczać granic intymności (sic) zarówno widza, jak i prawdziwych ofiar zbrodni, o których opowiada. Konkretnie: proszę zwrócić uwagę, jak wiele w filmie Smarzowskiego rozgrywa się w przestrzeni pozakadrowej, albo też w szerszych planach, przy czym kamera, nie zawsze korzysta z możliwości „doskoku” do zbliżeń i detali. W sposobie obrazowania twórcy szanują więc z jednej strony okrutną prawdę o potwornościach masowego mordu – i nie próbują sztucznie uniknąć konfrontacji z faktami na tym podstawowym poziomie realizmu popełnianej zbrodni – ale z drugiej strony czynią to z zachowaniem szacunku dla emocjonalności widza i pamięci ofiar. Reżyser, operator i montażysta nie pozwalają, by film popadł w trywialną poetykę „gore” – dbają o to, byśmy nie stali się „podglądaczami” horroru – co uwłaczałoby godności wszystkich uczestników tej sytuacji, żywych i pomordowanych. Największym tryumfem artystycznym jest w tym kontekście dopracowanie się przez twórców „Wołynia” poważnej, wzruszającej „wartości dodanej” – tj. momentów poetyckiego liryzmu i niejednoznaczności, tak pięknej, a dalekiej od naiwności zwłaszcza w zakończeniu.

Poprzednia
1 2 3 4 5

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Urbański

Kto i dlaczego był oburzony

Prezydent Kwaśniewski postanowił uroczyście obejść dziesiątą rocznicą obrad Okrągłego Stołu i wydał w Pałacu wielką uroczystość. To było całkowicie zrozumiałe.

Katarzyna Janiszewska

Empire i regencja

Czy naprawdę wiemy, jak ubierały się bohaterki powieści Jane Austen?