Polska i Świat

Zapomniane Królestwo Polskie

Tomasz Matlęgiewicz

Królestwo Polskie „spadło Polakom jak z nieba”, jak słusznie zauważył Bronisław Łagowski. A jednak właściwie niezauważenie, przykryte rozbuchanymi kampaniami wyborczymi, wyłanianiem prezydenta i parlamentu, kłótniami politycznymi itd. Minęło 200 lat od jego utworzenia; miało to miejsce 20 czerwca 1815 r. Więcej już uwagi poświęcono rocznicy dwa dni wcześniejszej – dwustuleciu bitwy pod Waterloo.

Zadziwiające to zestawienie. Przypominano, ba – zabawiano się w rekonstrukcję tej krwawej rzezi, o której tyle jedynie powiedzieć można dobrego, że była długo oczekiwanym przez Europę kołkiem osinowym. Kołkiem, którym w końcu przebito wampira przez dwie dekady upuszczającego krwi naszemu kontynentowi. Tak więc w czerwcu ubiegłego roku wspominano ową bitwę, wspomniano jubileuszowo Kongres Wiedeński, ale o jego tak ważnych dla Polaków decyzjach jakoś zapomniano. A przynajmniej nie starano się pamiętać.


Królestwo Polskie nie ma dobrej opinii, nie ma szczęścia do tzw. dobrej prasy. Podręczniki szkolne, ale także i opracowania aspirujące do miana naukowych, malują jego obraz w zdecydowanie czarnych barwach. Wpisane zostało w okres 123-letniej niewoli, a ponieważ formalnie istniało do I wojny światowej, stąd też późniejsze i zasłużone skądinąd represje legły cieniem i na okresie poprzedzającym nieudane powstania. Najbardziej kuriozalny wydaje się fakt, że o ile Księstwo Warszawskie, zależne od Francji, będące w istocie wielką bazą wojskową, ma zasadniczo dobrą opinię, o tyle dysponujące większą samodzielnością, liberalniejszą konstytucją, Królestwo już nie. A przecież pojawiło się wtedy nawet słowo „Polska” w nazwie, na co nie ważył się uprzednio Napoleon. Przecież głową państwa został sam car (Aleksander I) jako polski król, a nie, jak poprzednio, jeden z drugorzędnych napoleońskich wasali. Jednakże dla większości naszych rodaków pierwsze to tzw. epopeja napoleońska (chlubna zwłaszcza wyprawą na San Domingo i okupowaniem Hiszpanii), bitwa pod Raszynem, pochód na Moskwę i inne efektowne wydarzenia, a drugie to tylko szaleństwa Konstantego i noc listopadowa. Księstwu wybacza się wiele. Odpuszcza się sprawę „sum bajońskich” czy np. utrzymywanie trzydziestotysięcznego korpusu francuskiego (przez uprzejmość nie nazywa się go okupacyjnym). Z gigantycznej daniny krwi na rzecz interesów dalekiego władcy uczyniono bowiem powód do chwały. Zarazem o wielkich osiągnięciach pokongresowego piętnastolecia się zapomina. Nie chce się pamiętać o utworzeniu Banku Polskiego, ożywieniu gospodarki i handlu po latach napoleońskich awantur, o ogromnym rynku zbytu, o założeniu uniwersytetu w Warszawie i pierwszej szkoły technicznej (Akademia Górnicza w Kielcach) i wielu, wielu innych rzeczach. A przecież nie bez powodu w ostatnim czasie coraz to kolejna polska instytucja obchodzi swoje dwustulecie albo do tych obchodów się szykuje...

Oczywiście sytuacja ta nie może dziwić, wpisuje się po prostu w obraz naszej wiedzy o własnej przeszłości i kulturze. Przejawia się tu tendencyjność całej naszej edukacji, dzięki której wie się kto z kim (choć niekoniecznie już, o co) walczył i dlaczego Gustaw zmieniał się w Konrada, ale nie ma się najmniejszego pojęcia, kto na naszych ziemiach zakładał szkoły, unowocześniał gospodarkę i tworzył infrastrukturę. A właśnie elity Królestwa Polskiego nie marnowały bynajmniej tych kilkunastu lat oddzielających militarne awantury, lecz stworzyły mocne podstawy późniejszego rozwoju gospodarczego. Zapewne dlatego, że naszym współczesnym elitom władzy to nijak się nie udaje, więc starają się o tym nie pamiętać?

Komu postawić pomnik?

Oto nie tak znowu dawno w stolicy Polski postawiono pomnik Napoleonowi. Jak widać, kult wojen w naszym kraju nie mija. Inaczej może miast kolejnego z pomników „Attyli XIX wieku” znalazłoby się raczej miejsce dla uczczenia „Wskrzesiciela Królestwa Polskiego” i „dawcy pokoju Europie”... Apelował o to, zrozumiale zdegustowany uczczeniem Bonapartego, znany historyk Adam Zamoyski. Oczywiście bezskutecznie. Po cóż bowiem w naszym kraju czcić tych, którzy zakładali uniwersytety i sprzyjali zbliżeniu słowiańskich narodów? Wydobywali Polskę z niebytu, wydzierając ją wrogiej Europie? Bardziej godni chwały są najwyraźniej wojownicy szafujący na prawo i lewo krwią, naturalnie nie swoją. Lub politycy, wiodący do rozdmuchania antagonizmów z pobratymczymi krajami, a których to polityków na pomnikach i ulicach mamy i tak w kraju nadmiar. W końcu chcieli dobrze (dla siebie zwłaszcza), a jedynie wyszło jak zawsze...

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Paweł Zarzeczny

100 historii na 100-lecie

Legia Warszawa obchodzi właśnie 100-lecie istnienia. Byłem jej żołnierzem, serio, takim w mundurze, z karabinem jak trzeba, i piłką przy nodze i rakietą tenisową w ręce, w prawej…

Viktor Kozaryk

Wesołe miasteczko „Czarnobyl”

Miejsce największej katastrofy nuklearnej XX wieku stało się atrakcją turystyczną.