Recenzje

Powrót religii

Tomasz Pichór

Ci, którzy mówią, że religia nie ma nic wspólnego z polityką, nie wiedzą, co religia oznacza.

Na początku wieku XXI oczywiste stało się, że świat wszedł w nową erę konfliktów motywowanych religijnie. Na Zachodzie, przyzwyczajonym do narzucania swoich norm całemu światu, długo nie chciano dać temu wiary; przemoc motywowana religijnie miała nieodwołalnie należeć do przeszłości. Europejskie ideologie, a raczej ich spotęgowane w okrucieństwie lokalne mutacje, jak nacjonalizm, faszyzm czy komunizm jeszcze kilkanaście lat temu wydawały się trwale opisywać źródła konfliktów trawiących mniej szczęśliwe od Europy czy Ameryki części świata. Saddam Husejn stał się międzynarodowym wyrzutkiem ze względu na to, jaką politykę prowadził, a nie na to, jaką religię wyznawał. To samo można powiedzieć o większości czarnych charakterów polityki międzynarodowej po roku 1945. Ba, motywacja religijna uchodziła  długi czas za rodzaj narzędzia, po które można było sięgnąć w długotrwałym konflikcie Wschód-Zachód. Rosjanie nie mieli nic przeciwko muzułmańskiej niechęci do Zachodu (chociaż starali się zaprowadzić zbliżone do swoich porządki w krajach, które znajdowały się w ich strefie wpływów), zaś dla Ameryki radykalni mułłowie okazali się nader cennym sojusznikiem podczas wojny w Afganistanie w latach 80. XX wieku. Zapewne to całkowite niezrozumienie gigantycznego potencjału politycznego, jaki niesie ze sobą religia, zaowocowało nie tylko zaskoczeniem 11 września 2001 r., ale i fiaskiem polityki Zachodu wobec „większego” Bliskiego Wschodu kolejnych amerykańskich administracji: George’a W. Busha i Baracka Obamy, mocno krytykowanych przez Karen Armstrong, autorki książki, o której jest tu mowa.

Problem całego świata

Właśnie skomplikowanym relacjom historycznym polityki i religii Karen Armstrong poświęciła swoją książkę „Pola krwi”, wydaną staraniem warszawskiej oficyny W.A.B. Urodzona w 1944 r. angielska badaczka od wielu już lat zajmuje się tą niesłychanie delikatną materią, stając się jednym z najwybitniejszych znawców tematu. Nie jest też obca polskiemu czytelnikowi. W naszym kraju wydano już jej inne prace, takie jak choćby „Spór o Boga” (2011) czy „Krótka historia mitu” (2005).

Teraz dostajemy książkę, która jest próbą opowiedzenia historii ludzkości od czasów Gilgamesza po całkowicie nam współczesnego Bin Ladena. Armstrong opowiada nie tylko o Jezusie czy Mahomecie, ale i politykach, nawet tak odległych od siebie w czasie jak cesarz Konstantyn czy Krzysztof Kolumb. Jako historyk, Armstrong ucieka od łatwych sądów. Zwraca uwagę na wpływ, jaki na religię miała sytuacja polityczna: „Trwające sto lat, a nawet dłużej, doświadczenie silnych rządów takich monarchów jak np. Nabuchodonozor czy Dariusz mogło wzbudzić pragnienie uczynienia Jahwe równie potężnym jak oni. Jest to doskonały przykład «wspólnych korzeni» religii i polityki, które objawiają się w dwojaki sposób: to nie tylko religia wpływa na politykę, lecz także polityka może nadawać kształt teologii”.

Jako historyk, Armstrong jest skłonna przyznać, że religia sama przez się nie jest przyczyną konfliktów. Jest zaś wykorzystywana jako polityczny sztandar w sytuacji, w której źródła wstrząsów społecznych tkwią zupełnie gdzie indziej. Jak sama pisze: „Nawet ci, którzy przyznają, że religia nie była odpowiedzialna za wszystkie akty przemocy oraz wojny toczone przez rodzaj ludzki, wciąż za pewnik uważają jej niejako nieodłączny charakter wojowniczy. Utrzymują bowiem, że «monoteizm» jest szczególnie nietolerancyjny oraz twierdzą, że gdy tylko ludzie uwierzą, iż «Bóg» stoi po ich stronie, wszelkie kompromisy będą niemożliwe. Powołują się przy tym na przykłady krucjat, inkwizycji oraz wojen religijnych z szesnastego i siedemnastego wieku. Wskazują również na wzrost w ostatnich latach liczby aktów terrorystycznych podejmowanych w imię religii, aby udowodnić, że islam jest szczególnie agresywny. Jeśli w odpowiedzi wspomnę o pokojowym charakterze buddyzmu, natychmiast ripostują, że jest on świeckim systemem filozoficznym, a nie religią. I tutaj docieramy do sedna problemu. Buddyzm z całą pewnością nie jest religią zgodnie z tym, jak rozumiane było to słowo na Zachodzie począwszy od siedemnastego czy osiemnastego wieku. Jednak nasza nowoczesna zachodnia koncepcja „religii” jest osobliwa i ekscentryczna. W żadnej innej tradycji kulturalnej nie znajdziemy nic podobnego i nawet przed-nowożytni europejscy chrześcijanie musieliby uznać ją za zbyt ciasną i dziwną. W gruncie rzeczy komplikuje ona wszelkie próby wypowiedzi na temat rzekomej skłonności religii do przemocy”.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

Kondotier cudzej sprawy

Owszem, Kościuszko nie należał do najbardziej zajadłych „bolszewików” swojej generacji – ale czyż „mieńszewicy” mają do końca świata okupować polski panteon narodowy?

Grzegorz Braun

1050 lat promesy cywilizacyjnej

Wraz ze Chrztem otrzymywali nasi przodkowie promesę na korzystanie ze wszystkich najwspanialszych skarbów cywilizacji opartej na dwóch filarach – nieznanych w innych kręgach cywilizacyjnych – rozdziale władzy świeckiej i duchownej i etyce bezwzględnej.