Historia

Indianie w niebieskich kurtkach

Grzegorz Fugiel

Indiańscy sojusznicy służyli we wszystkich kolonialnych armiach ścierających się ze sobą na kontynencie północnoamerykańskim. Brali udział po obu stronach w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych i w każdym z kolejnych konfliktów, nie wyłączając tego przełomowego w historii Ameryki Północnej – wojny secesyjnej. Jednak – paradoksalnie – najbardziej przydatni okazali się w czasie licznych kampanii kawalerii US Army przeciwko ich współbraciom na wielkich obszarach młodego państwa – od Missouri do Sierra Nevada i od Rio Grande po granicę z Kanadą.

Po zakończeniu wojny secesyjnej biali zwrócili swe zainteresowanie w stronę dzikich zachodnich ziem – bezkresnych prerii, na których mogli zaspokoić swój głód ziemi, a w górach uśmierzyć gorączkę złota. Jedyną przeszkodą były wojownicze plemiona, które nie chciały łatwo oddawać swych ziemi i łowisk. Zaczęło dochodzić do mniejszych lub  większych starć, które często zmieniały się w prawdziwe wojny – wyjątkowo okrutne, gdyż Amerykanie nie unikali eksterminacji całych plemion, nie wyłączając kobiet i dzieci, tłumacząc, że wojna z „dzikimi” rządzi się innymi prawami niż konflikty między cywilizowanymi stronami... Od początku też armia Unii po wygranej z konfederatami zaczęła do tych starć angażować po swojej stronie „przyjaznych Indian” – przede wszystkim w charakterze tropicieli i zwiadowców, niezbędnych na tak wielkich przestrzeniach kraju niebieskiej kawalerii, która wbrew późniejszej legendzie miała w swych szeregach niewielu dobrze wyszkolonych i zdyscyplinowanych żołnierzy. Nie bez znaczenia było też to, że angażowanie grup, a nawet całych plemion po stronie armii przekreślało szansę na zjednoczenie do walki ze wspólnym wrogiem i niejednokrotnie rozpalało na nowo międzyplemienne waśnie. Zdarzało się też tak, że dzięki indiańskim sojusznikom nie było potrzeby angażowania regularnego wojska, gdyż sami sobie poradzili z „buntownikami”. Z drugiej strony zaciągnięcie się do armii dawało coraz większej liczbie Indian zamkniętych w rezerwatach szansę wyrwania się z marazmu egzystencji na jałowej ziemi, a żołd choć trochę poprawiał życie ich rodzin skazanych na głodowe racje wydzielane przez agentów do spraw Indian. Armia też – przynajmniej teoretycznie – chroniła swych zwiadowców i ich rodziny przed samowolą osadników – stąd brały się wianuszki tipi wokół wojskowych fortów.

Indiańscy sojusznicy

1 sierpnia 1866 r. Kongres w ramach „Ustawy o wzmocnieniu i uporządkowaniu organizacji armii Stanów Zjednoczonych w czasie pokoju” zezwolił prezydentowi na werbowanie Indian w liczbie nie większej niż tysiąc do zadań zwiadowczych na rzecz armii. Jednak w następnych latach Kongres w ramach oszczędności drastycznie zredukował liczebność regularnego wojska z 54 tysięcy do 25 tysięcy w 1874 r. Zmniejszono także do 300 limit zwiadowców, których można było zaciągnąć. Jednak życie i sytuacja na pograniczu powodowała, że tamtejsi dowódcy wciąż bombardowali sztab generalny prośbami o pozwolenie na nowe zaciągi. Często też robili to nieoficjalnie, przyjmując Indian w zamian za obiecane łupy zdobyte na wrogu – a zwłaszcza jego konie.

Chociaż niektórym oficerom trudno było się do tego przyznać zarówno z powodu dumy, jak i uprzedzeń rasowych, to pokonanie walecznych Siuksów, Komanczów czy najgroźniejszych Indian – Apaczów bez indiańskich kompanii mogłoby kosztować znacznie więcej czasu, a przede wszystkim ofiar. Rozumieli to dobrze nawet tacy zaprzysięgli wrogowie Indian jak generał William Tecumseh Sherman, czy generał George Armstrong Custer. Jednym z największych zwolenników angażowania Indian do służby wojskowej był generał George Crook. Ten doświadczony w wojnach z Indianami dowódca, jako jeden z nielicznych członków amerykańskiego korpusu oficerskiego, rozumiał i szanował Indian – tak sojuszników, jak i przeciwników. Zresztą był gorącym orędownikiem doktryny, by pokonane w walce plemiona od razu angażować po swojej stronie. Sprawdziło się to doskonale w wojnie z mieszkańcami wielkich równin i terenów graniczących z Meksykiem.

Generał Crook zdawał sobie sprawę z wyższości indiańskich żołnierzy nad białymi rekrutami i nie ukrywał tego faktu w oficjalnych raportach do

sztabu generalnego. Prócz umiejętności prowadzenia wojny podjazdowej czy partyzanckiej, której długo nie mogli opanować żołnierze posiadający jedynie doświadczenie z okopów wojny secesyjnej lub zgoła żadnego, zdarzało się też tak, że Indianie uzbrojeni byli w lepszą broń, którą też lepiej się posługiwali niż kawalerzyści! Po wojnie secesyjnej zniwelowała się przewaga Amerykanów nad Indianami w posiadaniu broni palnej, a na przełomie lat siedemdziesiątych przewagę nad US Army osiągnęli Indianie. Między innymi kawaleria zrezygnowała wtedy z samopowtarzalnych karabinków Spencera, powracając do jednostrzałowych, ładowanych odtylcowo karabinów. Oficerowie po prostu uznali, że stosowanie broni wielostrzałowej powoduje jedynie marnotrawstwo amunicji… Indiańscy wojownicy szybko udowodnili im, jak bardzo się mylili. Co więcej, Indianie z prerii szybciej od białych wynaleźli sposób ponownego napełniania prochem metalowych łusek. To wszystko spowodowało, że masowe szarże amerykańskiej kawalerii na Indian nabrały samobójczego charakteru lub trafiały w próżnię, gdyż ruchliwy i elastyczny przeciwnik umiejący wykorzystać ukształtowanie terenu i oszczędzający życie swych ludzi rozpływał się na pustkowiu, a biali żołnierze mogli jedynie zobaczyć błysk i dym karabinowego wystrzału gdzieś z okolicznego wzgórza. Tutaj mógł poradzić sobie tylko przeciwnik podobnie uzbrojony, wyszkolony i znający taktykę działań specjalnych na długo przed wprowadzeniem jej do regularnych armii.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

FDR do denazyfikacji

Leszek Nowak

Prezydencka dynastia Ameryki

W naszych czasach w polityce amerykańskiej odnajdujemy potężne rodziny, których członkowie zajmują najwyższe pozycje w strukturach władzy. Obecnie najbardziej znani są Clintonowie i Bushowie. Gdybyśmy jednak mieli wskazać na pierwszą wielką dynastię Ameryki, to wybór z pewnością padłby na rodzinę Adamsów.