Historia

Wytrawny kolekcjoner złotych zębów, czyli rzecz o aptekarzu z Auschwitz

Piotr Korczyński

Na strychu apteki było co najmniej piętnaście walizek, pękających w szwach od wyłamanych zębów, przy których wisiały jeszcze kawałki ciał ofiar.

Upały w 1944 r. zaczęły się już wiosną. 29 maja, na który przypadły Zielone Świątki, temperaturą przypominał środek lata – jakby natura przystosowała się do piekła, które ludzie rozpętali wokół. Tego dnia przybył do Auschwitz kolejny transport Żydów z Węgier. Gdy otwarto bydlęce wagony, buchnął z nich najpierw potworny fetor, a później na rampę zaczął się wysypywać tysięczny tłum brudnych, przerażonych, a przede wszystkim niemiłosiernie łaknących wody ludzi – od granicy węgierskiej nie dostali ani kropli. W wagonach pozostały liczne zwłoki tych, którzy nie wytrzymali pragnienia i braku powietrza. Esesmani i funkcyjni więźniowie szybko zapanowali nad tłumem. Padł rozkaz: „Kobiety i dzieci do przodu, mężczyźni do tyłu”. W tym transporcie znalazł się między innymi Paul Pajor – aptekarz z siedmiogrodzkiej Oradei. Jak wszystkich, po wyskoczeniu z wagonu zaskoczyła go sceneria rodem z Piekła Dantego, ale jeszcze bardziej wprawiło go w zdumienie, gdy rozpoznał w jednym z rozstawiających na lewo i prawo ludzi oficerów SS krajana i kolegę po fachu.

„Dla mnie – wspomina Pajor – fakt, że to był on, wydawał się nieprawdopodobieństwem, ale on już zagadnął mnie po węgiersku: «Czy pan nie jest przypadkiem aptekarzem?». Odpowiedziałem: «Tak, jestem aptekarzem». Dalej pytał: «Czy ma pan aptekę w Oradei?». Gdy i na to pytanie odpowiedziałem twierdząco, wykonał ruch głową i powiedział, że mam iść na prawo. Powiedział jeszcze coś do siebie samego, co dla mnie zabrzmiało jak «tak, na rogu»”. Jeszcze wielu żydowskich farmaceutów, przywiezionych do Auschwitz wiosną i latem 1944 r. miało doświadczyć tego uczucia zaskoczenia, spotykając na obozowej rampie tego dobrze im znanego sympatycznego przedstawiciela firmy farmaceutycznej Bayer w esesmańskim mundurze. Nie dla wszystkich kończyło się to tak dobrze, jak dla Paula Pajora, któremu oficer wskazał prawą stronę – stronę życia, przynajmniej na pewien czas…

SS-man z Rumunii

Wiosną 1944 r. wszystkie znaki na niebie, morzu i ziemi zaczęły wskazywać, że „tysiącletnia” Rzesza niemiecka zaczyna chylić się ku upadkowi. Ci jednak, którzy spodziewali się, iż nastąpi to szybko, mocno się rozczarowali. Niemiecka armia z determinacją śmiertelnie rannej bestii potrafiła jeszcze nie raz boleśnie ukąsić swych wrogów. Jako pierwsi przekonali się o tym jej niedawni sojusznicy – Węgrzy. Gdy Hitler dowiedział się o kontaktach admirała Miklósa Horthyego z aliantami, rozkazał swemu Wehrmachtowi wkroczyć na Węgry i zmienić nielojalne władze. Niemcy zajęli Węgry 19 marca 1944 r. i wymienili Horthyego na pronazistowskiego Doeme’go Sztojaya. Była to bardzo zła wiadomość dla obywateli węgierskich żydowskiego pochodzenia. Chronieni dotychczas przez admirała i wielu wyższych oficerów węgierskich przed deportacją do niemieckich obozów zagłady Żydzi zostali wydani na pastwę Adolfa Eichmanna – szefa referatu żydowskiego Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Ten sprawny organizator z żelazną konsekwencją niemieckiego biurokraty i urzędnika zaczął wysyłać transporty z tysiącami ludzi do fabryki śmierci w Auschwitz. Pierwszy transport węgierskich Żydów przybył do Auschwitz 2 maja 1944 r. Po selekcji 2698 ludzi trafiło wprost do komór gazowych, a 1102 osoby zostały więźniami. Okazało się przy tym, że Auschwitz nie jest gotowy na natychmiastowe uśmiercanie tak wielkiej liczby osób. Wstrzymano więc kolejne deportacje do czasu wybudowania rampy kolejowej wewnątrz obozu Birkenau. Niemcy uruchomili również nieczynne od dłuższego czasu prowizoryczne komory gazowe, w których eksperymentowali na początku masowej zagłady gazowanie więźniów cyklonem B oraz wykopali doły do spalania zwłok. Po tych przygotowaniach ruszyła główna faza deportacji, która rozpoczęła się 14 maja, a trwała do 9 lipca 1944 r. Pod koniec lata i jesienią dotarło jeszcze kilka mniejszych transportów z Węgier. Do Auschwitz przywieziono wtedy około 420 tysięcy ludzi, z których zamordowano 325–330 tysięcy.

Poprzednia
1 2 3 4 5

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Paweł Zarzeczny

100 historii na 100-lecie

Legia Warszawa obchodzi właśnie 100-lecie istnienia. Byłem jej żołnierzem, serio, takim w mundurze, z karabinem jak trzeba, i piłką przy nodze i rakietą tenisową w ręce, w prawej…

Andrzej Gąsiorowski

Samotny wojownik

To przecież nieprawda, że powietrze jest niczym. Tak jest tylko dla tych, którzy nie potrafią się nim posługiwać.