Felietony

Pistolet Pulemiot Szpagina wz. 1941

Krzysztof Galimski

Nic tak nie cieszy jak seria z pepeszy.

Można nie wiedzieć czym jest RPG-7V, PM Glauberyt czy RPD. Można nie odróżniać Colta Pytona od Rugera Redhawk. Ale tę broń zna każdy. PPSz-41 czyli pistolet maszynowy konstrukcji Szpagina wzór 1941 to symbol i instytucja. I choć nie był najlepszym peemem II wojny, a nawet nie był najlepszym z używanych przez Armię Czerwoną, to pozostał chyba najlepiej rozpoznawalnym.

W połowie lat trzydziestych Rosjanie mieli już jeden, całkiem udany i nowoczesny pistolet maszynowy konstrukcji słynnego rusznikarza Wasilij Diegtiariowa. Jednak ta konstrukcja zwana PPD, jakoś niespecjalnie przypadła do gustu szefom armii – wyzwolicielki i produkcja utrzymywała się na skromnym poziomie ok. 1,5 tys. sztuk rocznie. Dopiero w 1940 r. zwiększono zamówienia i fabryki opuściło ponad 80 tys. sztuk. Choć konstrukcja nie była specjalnie skomplikowana, to uznano, że i dla krasnoarmiejców i dla przemysłu zbrojeniowego lepiej będzie opracować inną, jeszcze prostszą broń. Zadania podjął się Georgij Szpagin. I stworzył prawdziwą rewelację. Po pierwsze pepeszę tłoczyło się, zamiast obrabiać. Olbrzymie ułatwienie i oszczędność czasu – produkcja pepeszy trwała prawie dwukrotnie krócej niż bardziej skomplikowanego PPD. Po drugie, nie było w niej nic zbędnego, a ledwo przyuczony rekrut naprawdę nie miał jak tego popsuć.

PPSz strzela standardowymi wówczas w ZSRR nabojami 7,62x25 mm. Mimo małego kalibru, to bardzo silny nabój o dużej przebijalności i płaskim torze lotu. W charakterystycznym dla tej broni bębnowym magazynku mieści się ich aż 71 sztuk. To duża siła ognia, ale też nieporęczne urządzenie. Nie tylko z powodu dużej masy, ale też szybkiego zużywania się sprężyny podającej amunicję. Dlatego później chętniej stosowano wygięty, pudełkowy magazynek, w którym mieściło się 35 pocisków. Pomimo tego pozostała ciężką bronią. Z w pełni załadowanym bębnowym magazynkiem waży 5,45 kg. Z pudełkowym – nieco mniej 4,3 kg.

PPSz nie jest specjalnie celna. Ale też nie musi być. Nie służy przecież do tego, by siedzieć w okopie i precyzyjnymi, mierzonymi strzałami kłaść cele odległe o setki metrów. Czerwonoarmista miał z okopu wyskoczyć i z głośnym „Huraaaa!” biec w stronę wroga. To broń do walki na bliskie odległości. Broń szturmowa. Przy szybkostrzelności wynoszącej 900 pocisków na minutę jest zdumiewająco łatwa do utrzymania. To częściowo zasługa sporej masy a częściowo potężnego kompensatora odrzutu.

Trochę przez to dziwne jest umieszczenie na modelach z początków produkcji ustawialnego celownika z przedziałkami do 500 metrów. Później konstruktorzy uznali, że jest to rzeczywiście zbędne i stosowano już celowniki z zaledwie dwoma ustawieniami – na 100 i 200 metrów.

Szacuje się, że wyprodukowano tej broni ponad pięć do nawet sześciu milionów sztuk. Zdarzało się, że całe dywizje rzucano w bój uzbrojone tylko i wyłącznie w ten sposób. Dokładne dane nie są znane, a w gorących miesiącach wojennych produkcję prowadziły, obok wielkich fabryk, małe warsztaty i ukryte bazy partyzanckie.

Mimo wszystkich swoich zalet kariera PPSz nie trwała długo. Wkrótce po zakończeniu wojny wycofano ją z uzbrojenia kasnoarmiejców. Trafiła za to do innych krajów demokracji ludowej, przede wszystkim Chin, Wietnamu i krajów afrykańskich.

Po co mi to?

Jak to po co? Przecież to pepesza! I kosztuje wręcz śmieszne pieniądze. Nie jest problemem nabycie egzemplarza nigdy nie używanego, prosto z magazynu za mniej niż 1500 zł. Amunicja do niej z demobilu też jest tania i łatwo dostępna. Małe ale: jest paskudnie korozyjna, więc po każdym strzelaniu wypadałoby dokładnie broń przeczyścić. Można też oczywiście korzystać z obecnie produkowanej czeskiej lub zachodniej amunicji. Wyższa cena, ale łagodniejsza dla metalu mieszanka prochowa.

Oczywiście nie ma co się czarować – dziesiątek na tarczy z tej broni się nie ustrzeli. Miejsce padania kul jest czystą loterią. Dodatkowo jest mało ergonomiczna i pluje łuskami na wszystkie strony. Ale jest pepeszą. I wypruć z niej kilka magazynków jest zawsze dużą frajdą.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

1050 lat promesy cywilizacyjnej

Wraz ze Chrztem otrzymywali nasi przodkowie promesę na korzystanie ze wszystkich najwspanialszych skarbów cywilizacji opartej na dwóch filarach – nieznanych w innych kręgach cywilizacyjnych – rozdziale władzy świeckiej i duchownej i etyce bezwzględnej.

Marcin Hałaś

Kołomyja nie pomyja...

Nie ma dwóch tak głęboko wrośniętych w polszczyznę nazw miast, jak Berdyczów i Kołomyja. Wszystko za sprawą przysłów i powiedzeń. „Pisz na Berdyczów” to osobna historia. A do Kołomyi nie umywa się nawet Kraków, który nie od razu zbudowano.