Historia

Mam nadzieję, bo chcę ją mieć

Piotr Korczyński

W czerwcu 1957 r., gdy jego obrazy osiągały już milionowe ceny, w niezawodnym Hôtelu Drouot jeden z listów Paula Gauguina został sprzedany za 600 000 franków. W liście tym artysta pisał między innymi: „Jestem dziś powalony na obie łopatki, zwyciężony przez nędzę…”.

Na początku października 1883 r. zdolny i szanowany w branży makler giełdowy Paul Gauguin oświadczył swojej przerażonej małżonce Mette-Sophie, że rzucił posadę w agencji maklerskiej. Nie pozwolił żonie na dyskusję i uciął ją krótko: „Od dzisiaj będę malował, codziennie!”.

Bezpieczne i zasobne życie Gauguinów i ich pięciorga dzieci skończyło się gwałtownie. Prośby Mette-Sophie, by Paul zmienił zdanie i powrócił do pracy na giełdzie spełzły na niczym. Zamożna dotychczas rodzina musiała opuścić eleganckie centrum Paryża i przenieść się na przedmieścia. Jednak i tutaj po pewnym czasie było dla nich zbyt drogo i małżonkowie postanowili się rozdzielić.

Mette-Sophie wyjechała wraz z dziećmi do swego rodzinnego kraju Danii. Paul pozostał w Paryżu, ale po bezowocnych poszukiwaniach zajęcia, które nie kolidowałoby z malarstwem, postanowił dołączyć do bliskich w Kopenhadze. Niestety, na miejscu okazało się, że rodzina żony myśli o nim jak najgorzej i na każdym kroku dawała mu to odczuć. Również Mette-Sophie straciła złudzenia, że Paul wróci na „ścieżkę dobrobytu”. Malarz stał się persona non grata w „bogobojnym, protestanckim domu, w którym ciężko trzeba pracować na kawałek chleba”. Zdecydował o powrocie do Francji. Żona kazała mu wziąć jedno z dzieci, by odciążyć domowy budżet…

Gauguin wrócił do Paryża razem ze swoim ośmioletnim synem Clovisem i mimo skrajnej nędzy, w jaką z miejsca wpadli, oddał się od razu swojej pasji. Malował, rysował, rzeźbił i wypalał ceramikę, lecz nic nie sprzedawał. Żeby nie umrzeć z głodu oraz zapewnić choremu dziecku lekarstwa i ciepły kąt na zimę, podjął pracę rozlepiacza plakatów. W końcu udało mu się umieścić syna w internacie na przedmieściu (po pewnym czasie Clovis powrócił do matki w Kopenhadze), a sam porzucił drogie życie w stolicy i wyjechał do Bretanii – swojej pierwszej wyimaginowanej „dzikiej krainy”. Wynajął stancję w gospodzie „Matka Gloanec” w Pont-Aven i szybko został królem licznie przybywających tutaj młodych malarzy. Ten trzydziestodziewięcioletni samouk urodził się na nowo – jako dojrzały artysta.

Wyrzutek na krańcach świata

Surowa Bretania zachwyciła go i zainspirowała; stworzył tu swoje pierwsze wielkie dzieła. Zadeklarowany ateista uchwycił nie tylko istotę miejscowego pejzażu, lecz również prostą religijność miejscowych ludzi. Na jego płótnach prymitywna przydrożna kapliczka z żółtą figurą Chrystusa góruje nad całą okolicą, a kobiety w białych czepkach pobożnie składają wokół niej ręce. Tak wyglądał pierwszy „totem” Gauguina; następne będą już wariacjami na temat pierwotniejszych bóstw z tropików…

Po kilku miesiącach wrócił do Paryża, by poznać tutaj w gronie artystów innego przyszłego giganta sztuki – Vincenta van Gogha. W niedalekiej przyszłości ich próba stabilizacji zakończy się tragicznie, ale na razie odkrywają w sobie nawzajem wielkie talenty i wymieniają się autoportretami. Ten owocny dla Gauguina czas niestety mąci przykry fakt, że nadal nie może się utrzymać ze swojej sztuki. Jednym z nielicznych kupujących dzieła Paula jest młodszy brat Vincenta Theo, który z pensji kierownika galerii Boussoda i Valadona na bulwarze Montmartre utrzymywał także brata Vincenta.

W 1887 r. Gauguin razem ze swoim przyjacielem Karolem Lavalem, również malarzem, popłynęli do Panamy. Paul liczył, że w Nowym Świecie łatwiej będzie utrzymać się z malarstwa, bo „konkurencja tutaj jest mniejsza”, a w „dzikich krainach” znajdzie nowe inspiracje. Właśnie w tym czasie trwała budowa Kanału Panamskiego i region tętnił życiem tysięcy robotników, handlarzy i urzędników. Jednak zamówień malarskich obaj artyści mieli niezbyt wiele, a ceny noclegu i jedzenia były niezwykle wygórowane. Do tego Laval zapadł na żółtą febrę i gorączka zupełnie zwaliła go z nóg. Pieniądze się skończyły, więc Gauguin zatrudnił się jako robotnik do kopania kanału. Zarobił tyle, że prócz lekarstw dla przyjaciela, kupił bilety na Martynikę.

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

FDR do denazyfikacji

Grzegorz Braun

Kondotier cudzej sprawy

Owszem, Kościuszko nie należał do najbardziej zajadłych „bolszewików” swojej generacji – ale czyż „mieńszewicy” mają do końca świata okupować polski panteon narodowy?