Historia

O jeden lincz za daleko

Aleksander Piński

Jak jeden prawnik zniszczył Ku Klux Klan.

Było już po 11 wieczorem, kiedy Hays i Knowles dotarli autem w okolice rzeki Mobile. Nie było łatwo znaleźć o tej porze kogokolwiek na ulicy, a w szczególności Murzyna bez towarzystwa. Zwrócili uwagę na czarnoskórego rozmawiającego przez telefon, ale zdecydowali się zostawić go w spokoju, bo nie chcieli wychodzić z auta. Po kolejnych 25 minutach zauważyli szczupłego, 19-letniego Murzyna mierzącego ok. 178 cm wzrostu, idącego Davis Avenue. Był nim, jak się wkrótce okazało,  niejaki Michael Donald.

Hays z Knowlesem podjechali do niego i się zatrzymali. Knowles wychylił się przez okno i zapytał przechodnia o drogę do Powell Social Club, lokalnego klubu dla czarnych. Donald udzielił im wskazówek, ale Knowles poprosił go, by podszedł bliżej. Kiedy to zrobił, mężczyzna wyciągnął pistolet i kazał Afroamerykaninowi wejść do auta, na tylne siedzenie, co też ten posłusznie zrobił. Samochód ruszył i skierował się do pobliskiego lasu. W czasie jazdy napastnicy kazali chłopcu opróżnić kieszenie. Ten wyciągnął portfel i zaczął błagać o życie: „Proszę, nie zabijajcie mnie. Możecie pobić mnie, zrobić ze mną co chcecie, ale nie zabijajcie mnie!”. „Nie zostaniesz zabity” – oświadczył Hays i dodał: „Ile masz lat?”. „Dziewiętnaście” – odpowiedział porwany.

W międzyczasie dotarli to lasu i kazali chłopcu wyjść z auta. „Proszę, nie zabijajcie mnie” - błagał ciągle Donald. „Puśćcie mnie” - kontynuował. „Uspokój się” – oświadczył Knowles - „Nic ci się nie stanie”. W tym momencie Donald rzucił się na Knowlesa, przewracając jego i jego wspólnika. W czasie walki Haysowi wypadł nóż. Donald chwycił go w rękę, ale porywacze wyrwali mu go i bili dotąd aż zauważyli, że przestał odpowiadać na ich ciosy. Na chwilę przestali i odstąpili. Wówczas Donald złapał gałąź, którą miał pod ręką, ale mężczyźni po chwili mu ją odebrali, powalili i przytrzymali go leżącego na ziemi.

Wtedy Hays poszedł do bagażnika i przyniósł linę. Podczas gdy Knowles trzymał ręce chłopca, drugi oprawca założył mu pętlę na szyję. Hays położył Donaldowi podeszwę buta na twarzy i zaczął ciągnąć za linę tak, by go udusić. Gdy chłopiec nie przestawał walczyć i co chwilę udawało mu się wstać, wtedy Knowles zaczął go uderzać gałęzią, podczas gdy Hays kontynuował duszenie. Po chwili zamienili się rolami. Po kilkudziesięciu sekundach Donald upadł. Hays jednak nie przestawał okładać go gałęzią, Knowles tak mocno zacisnął pętlę, że złamał mu kość w szyi i przeciął skórę.

Chwilę później chłopiec przestał oddychać. „Myślisz, że nie żyje ?” - zapytał Knowles. Jeden z morderców wziął nóż i dla pewności poderżnął Michaelowi Donaldowi gardło. Wrzucili zwłoki do bagażnika i zawieźli je na Herndon Avenue, ulicę w mieście, przy której mieszkało wielu członków Ku Klux Klanu, w tym jeden z morderców, Henry Hays. Tam powiesili zwłoki Donalda na drzewie tak, by wyglądał na ofiarę linczu (miało to być przestrogą dla innych czarnoskórych Amerykanów). Na jednej z sąsiednich działek postawili i podpalili krzyż, symbol Ku Klux Klanu.

Trochę później Henry Hays zadzwonił do ojca – Benny Hayesa – i powiedział: „Po drugiej stronie ulicy wisi czarnuch”. A następnie obdzwonił lokalnych dziennikarzy, informując ich o tym samym. Lokalna policja rozpoczęła śledztwo, ale nie udało jej się ustalić morderców chłopca. Dowiedzieli się natomiast, że Michael Donald był niewadzącym nikomu chłopcem z ubogiej rodziny. Pracował, wkładając ulotki do gazety „Mobile Register” (zarabiając w ten sposób 125 USD tygodniowo), a także uczył się w Carver State Technical College, by zostać murarzem. Większość z tego, co zarabiał, oddawał matce. Lubił czytać komiksy i tańczyć, często popisując się przed rodziną i naśladując Jamesa Browna. Starał się unikać kłopotów i zwykle wieczorami siedział w domu. Tym razem wyszedł dlatego, że jego siostrzenica poprosiła go, by kupił jej paczkę papierosów.

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

Czyja historia?

Dosyć finansowania antypolskiej agitacji z polskich budżetów - czas zaprzestać retransmisji cudzych narracji degradujących Polaka do roli wiecznego winowajcy, petenta i aspiranta.

Grzegorz Braun

Kondotier cudzej sprawy

Owszem, Kościuszko nie należał do najbardziej zajadłych „bolszewików” swojej generacji – ale czyż „mieńszewicy” mają do końca świata okupować polski panteon narodowy?