Felietony

Polska Bez Cenzury

Jan Piński

Cenzura jest tak stara jak świat. W końcu na początku było słowo. Mylą się ci, którzy uważają, że w Polsce cenzura skończyła się wraz likwidacją słynnego urzędu przy ul. Mysiej w Warszawie, w kwietniu 1990 r.

W III RP rolę peerelowskich cenzorów zaczęły pełnić układy towarzyskie, względy ekonomiczne (ta publikacja się nie opłaca!), wreszcie strach przed procesami sądowymi, w których wolność słowa i prawdziwość tego co się opublikowało, nie gwarantuje bezpieczeństwa. Autocenzura oparta o wskazane wyżej kryteria okazała się być równie skuteczna jak cenzorzy z ul. Mysiej. Cenzura w mediach nie jest jedynie polską bolączką. Nawet w zachodnich demokracjach mających za sobą kilkaset lat wolności mediów ten problem istnieje. Dobrym rozwiązaniem okazał się ich pluralizm. Dzięki niemu próby blokowania dostępu do informacji zwyczajnie się nie opłacają, bo zawsze w ostatecznym rozrachunku do publikacji dochodzi, na dodatek z informacjami kto i dlaczego blokował.

 W Polsce sytuacja jest inna. Liczących się mediów jest w Polsce kilkadziesiąt, a nie tak, jak na przykład w USA, gdzie jest ich kilkaset tysięcy. Dziennikarz, który musi zdecydować, czy opublikować materiał zablokowany przez macierzystą redakcję i pożegnać się z pracą, a nową nie wiadomo gdzie i kiedy znajdzie, zwykle godzi się z tym, że napisał do szuflady.

 Rynek mediów III RP jest zbyt płytki. Przełom w dostępie do informacji przyniósł dopiero rozwój Internetu. Nagle okazało się, że w Polsce jest kilkanaście milionów „dziennikarzy”. Czytelników i komentatorów wiadomości internetowych. Informacje, których nikt nie chciał publikować, można teraz bez problemu ujawnić w Internecie. Z punktu widzenia dziennikarzy jest tylko jeden problem: za to, co zostanie zaprezentowane w sieci, trudno otrzymać pieniądze.

„Polska Bez Cenzury” to miesięcznik, w którym chcemy pisać o tematach przemilczanych w innych mediach. Redakcja nie ma poglądów politycznych, ale - cytując Stefana Kisielewskiego – ekonomiczne. Uważamy, że politycy powinni przede wszystkim trzymać ręce we własnych kieszeniach. Kariery w polityce nie powinny być sposobem na ustawienie się w życiu, ale są służbą publiczną. Obywatel, podatnik, to nie petent, ale pracodawca urzędników i polityków. Powinien być traktowany z należnym mu szacunkiem.

Demokracja w naszym kraju jest wszechobecna, ale tylko w słowach. Zatracił się jej sens, który korzeniami sięga początków cywilizacji europejskiej. Sprowadzona została do plebiscytu na znane twarze odbywającego się raz na cztery lata. Po tym plebiscycie w III RP wola wyborców przestawała się liczyć, aż do następnego. Dowodem na to są między innymi podwyżki podatków, wieku emerytalnego czy zlikwidowanie kary śmierci – wszystko wbrew woli suwerena, czyli narodu. Ktoś musi patrzeć politykom na ręce i wymagać dotrzymywania obietnic. Przypomnijmy: PO doszła do władzy pod hasłem wolności gospodarczej, obniżki

podatków i likwidacji biurokracji, a doszedłszy, zaczęła prześladować przedsiębiorców, podniosła podatki, zwiększyła biurokrację i zadłużyła ogromnie państwo. Jej politycy jeszcze do tej pory nie rozumieją, dlaczego przegrali wybory.

Polska Bez Cenzury to hasło utopijne, ale marzenia nie podlegają cenzurze. Dlatego zwracam się do kolegów dziennikarzy i do Czytelników: jeśli macie materiały, których nie możecie nigdzie opublikować lub sprawy, którymi nikt nie chce się zająć, a uważacie, że są istotne dla naszego wspólnego dobra, zapraszamy do nas!

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Jan Piński

Polska Bez Cenzury

Cenzura jest tak stara jak świat. W końcu na początku było słowo. Mylą się ci, którzy uważają, że w Polsce cenzura skończyła się wraz likwidacją słynnego urzędu przy ul. Mysiej w Warszawie, w kwietniu 1990 r.

Grzegorz Braun

Kto kręci Wałkiem?

Lech Wałęsa rzeczywiście może traktować płatną współpracę z esbekami jako przelotny epizod o relatywnie niewielkim znaczeniu – na tle swej całożyciowej lojalności wobec bezpieki wojskowej.