Felietony

Wesołe miasteczko „Czarnobyl”

Viktor Kozaryk

Miejsce największej katastrofy nuklearnej XX wieku stało się atrakcją turystyczną.

Podekscytowany, rozbawiany tłum. Brakuje tylko budek z kiełbaskami, piwa i waty cukrowej. Odpustowe koszulki i magnesiki na lodówkę już są. Tak wygląda codzienność w Prypeci. Opuszczonym po wybuchu elektrowni atomowej mieście widmo.

Strefa wykluczenia

Każdego dnia około 11:00 pod szlaban punktu kontrolnego Strefy Wykluczenia, tak po ukraińsku brzmi nazwa Strefy Czarnobylskiej, zjeżdżają busy i autokary. Towarzystwo międzynarodowe. Atmosfera jak na przejściu granicznym. Milicjanci sprawdzają paszporty, auta, dokumenty uprawniające do wjazdu. Do każdej maszyny podchodzi wyznaczony wcześniej przewodnik-opiekun. Obowiązkowe szkolenie  bezpieczeństwa. W Strefie nie wolno odłączać się od grupy, wchodzić do budynków, jeść i palić na powietrzu. No i najważniejsze: nie wolno nic zabierać na pamiątkę. Turyści podpisują, że zrozumieli i wiedzą gdzie wjeżdżają. Nie wszyscy jednak czytają. A jeden z punktów mówi o tym, że każdy przedmiot napromieniowany musi zostać w Strefie. Nie ważne czy to będzie ubranie, opony, czy drogi aparat fotograficzny. Przy wyjeździe bywa i śmiesznie i strasznie. Przed miesiącem bramki radiometryczne zawyły gdy przechodził Polak z Wrocławia. Eksplorator, jak dziś określają się turyści, którzy chcą wejść wszędzie na własną rękę. Okazało się, że skażone ma buty. Piękne, nowe i drogie. – Kto chce mi je ukraść? Kto? Przyznajcie się! Krzyczał jak śledczy na milicjantów przy dozymetrze. Po czym usiadł. Wyjął nóż i metodycznie pokroił buty na kawałki. Wyjechał w klapkach. Ale teraz nikt się tym nie przejmuje. Każdy wstrzymuje dech. Czeka nas przygoda.                                                          

Urzędowa turystyka

Auta ruszają z punktu kontrolnego o wdzięcznej nazwie „Dzieciatki”. Trochę przerażające jak wspomni się o tragedii czarnobylskich dzieci. Nikt ich jednak nie wspomina.  Wszyscy przyklejeni do szyb patrzą. I patrzą. A tu nic się nie dzieje. Pole. Las. Pole. I tak przez kilkanaście kilometrów. Powoli z twarzy znikają ślady ekscytacji. W końcu coś jest. Miasto Czarnobyl. Ale przecież tu są ludzie. Zawód. Nie tego się wszyscy spodziewali. Widać, że działają jakieś urzędy, poczta, sklep. - W Czarnobylu promieniowanie nie przekracza tego w Kijowie. Jest bezpiecznie. Tłumaczy Sergiej, nasz przewodnik. Więc tu żyją ludzie obsługujący Strefę. Tu też znajduje się jej administracja. A od niej zależy powodzenie wycieczki. Administracja, jak sama nazwa wskazuje, administracyjnie przygotowuje plan zwiedzania dla każdej z grup. O ile się wcześniej pisemnie nie poprosi o zgodę, na zobaczenie konkretnego miejsca, może się okazać, że ani razu nie podskoczy nam adrenalina. A przecież po to większość osób tu przyjechała. Program jest ostateczny i niezmienny. Przewodnicy płacą kary za jego złamanie. Poza tym tylko plan daje prawo przekroczenia dalszych punktów kontrolnych. Najgorszy z możliwych wskazuje taką trasę – jeden pomnik, drugi pomnik, trzeci pomnik, cmentarz, cerkiew, skansen starych maszyn. Dziękujemy. Do widzenia. W Czarnobylu byliśmy ale nic nie widzieliśmy niesamowitego. Nie ma co opowiadać. Nie ma fotek. Strata czasu, pieniędzy i uznania w oczach znajomych. Tak więc awantury pod biurem administracji to codzienność. Przodują w nich Polacy i Rosjanie. Turyści z Zachodu Europy nie rozumieją złożoności duszy tutejszych urzędników.  Myślą, że jak zapłacą to wszystko im się należy. A to wcale nie prawda. Plan zwiedzania jest płynny, nazwijmy to uznaniowy. I wcale nie ma na to wpływu cena. Dla wszystkich obcokrajowców jest jednakowa. Administracja Strefy pobiera 2 tysiące ukraińskich hrywien, czyli około 300 złotych za przygotowanie planu. Dodatkowo po 500 hrywien, czyli około 75 złotych za dzień usług przewodnika i mniej więcej tyle samo za obowiązkowe ubezpieczenie. Tak więc cały dzień emocji w strefie nie powinien być droższy niż 450 złotych. A gdy zbierze się większa grupa to cena jeszcze spada, bo do podziału jest opłata za program. Oficjalnie koszt  jest niewielki. Większość turystów jednak o tym nie wie.  Niemal wszyscy korzystają z usług agencji turystycznych. A te podnoszą ceny. Nawet trzykrotnie. Grzecznie czekamy na nasz program. A tu krzyki. Niemiecki filmowiec domaga się dopisania do planu wizyty w sterowni bloku elektrowni atomowej. Jego opiekun rozkłada ręce.  Po chwili wychodzi  zażywna pani urzędniczka. Ważna, bo wszyscy się jej kłaniają. Wysłuchała petenta. Filmowiec się uśmiechał, mrugał oczyma, coś mówił o pieniądzach i głębokiej idei.  Przewodnik tłumaczył. – Nein. Ordnung muss sein. Usłyszał twardo i to po niemiecku. Bez słowa wsiadł do auta. Inni także wsiedli. Błyskawicznie. Pojechaliśmy, niemal na wyścigi, do Prypeci, bo to miejsce mówi o czarnobylskiej tragedii najwięcej. Urzędnicy, dla świętego spokoju, tam najczęściej wysyłają turystów i dziennikarzy. To kiedyś niemal 50-tysięczne miasto. Pomieszczą się wszyscy.

Poprzednia
1 2 3 4

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Gąsiorowski

Samotny wojownik

To przecież nieprawda, że powietrze jest niczym. Tak jest tylko dla tych, którzy nie potrafią się nim posługiwać.

Grzegorz Braun

FDR do denazyfikacji