Polska i Świat

Nowa klasa ciemniaków

Marcin Hałaś

Kolejne wypowiedzi Ryszarda Petru pokazały, że jest on nie tyle „młody, wykształcony”, ale w średnim wieku i niedouczony. Z angielszczyzną ma problemy, a w kwestii erudycji kulturowej pozostaje wioskowym głupkiem.

W serialu „Dom” jest taka mniej więcej scena: do Bronka Talara podchodzi stary warszawski murarz. Bronek – chłopak prosto ze wsi - został szefem budowy w stolicy „po linii partyjnej”. Murarz podaje Bronkowi plany i mówi, że majster musi szybko je zatwierdzić, bo bez tego dalej kłaść cegieł nie mogą. Bronek przegląda, marszczy brwi, a w końcu z uśmiechem i zamaszyście podpisuje. Murarz wychodzi i z radością oznajmia koledze, że zakład wygrał. Bo kierownik właśnie podpisał... schemat radioodbiornika.

Bronek Talar był przedstawicielem PRL-owskiej „nowej elity”. Nawet nie nowej inteligencji – tylko elity z awansu. Wstępowali do milicji, kończyli technika dla wysuniętych robotników, robili kariery w komitetach partii i organizacjach socjalistycznej młodzieży; ich szkołą były – jak śmiał się w kabarecie „Pod Egidą” Jan Pietrzak – Lasy Kabackie. Tacy „wicie rozumicie”, którym z butów wychodziła słoma. Ich właśnie miał na myśli Stefan Kisielewski, mówiący o „dyktaturze ciemniaków”, za co zresztą pałkarze ciemniaków spuścili mu łomot.

Dzisiejszy ciemniak może być odziany w garnitur Hugo Bossa, koszulę Pierre’a Cardina, pachnieć wodą toaletową za kilkaset złotych, a za kolację płacić ponad tysiąc – najlepiej służbową kartą kredytową. Jednak nie gadżety się liczą, a rzeczy sedno.

Ile to razy ubolewano nad upadkiem edukacji w III RP! Jak się okazało – można pogrążyć ją jeszcze bardziej, niż miało to miejsce w czasach PRL-u, kiedy zdewaluowano maturę. Obecnie w podobny sposób zdewaluowano tytuł naukowy magistra, który można „zrobić” (tak właśnie – zrobić, a nie uzyskać) na dziesiątkach niepublicznych uczelni wyższych – byle tylko uiścić czesne. Ktoś stwierdził, że obecna „nowa” (a właściwie wciąż nowsza) matura znaczy tyle, ile przedwojenna „mała matura”, wieńcząca naukę w przedwojennym gimnazjum. Otóż – znaczy zapewne o wiele mniej, wszak żyjemy w czasach, w których lektur się nie czyta, zeszytów się nie prowadzi, a zasoby bibliotek zastępuje śmietnik „wuja google”.

Trudno wymagać, aby politycy korzystnie odbijali się od reszty społeczeństwa – są przecież jego emanacją. A mimo to – czasami sromota ogarnia, kiedy przedstawiciele elit umysłowym knajactwem nie odstają od czytelników „Faktu”, w którym wieloryb płynie w górę Wisły oraz od konsumentów telewizyjnej papki typu „Trudne sprawy”, albo „Pamiętniki z wakacji”.

Zapotrzebowanie na nowy model

W takiej perspektywie idealnym wręcz przykładem umysłowego knajactwa i nieuka odzianego w nieskazitelny garnitur i krawat jawi się casus Ryszarda Petru. A miało być tak pięknie i przyjemnie...

Bez wątpienia Petru odpowiada na pewne zapotrzebowanie. Producenci aut, aby ich nabywcy pozostali wierni marce, co jakiś czas wprowadzają nowy model. Petru miał być właśnie nowym modelem lidera dla tej grupy społecznej, która przeszła podobną drogę jak on – od Unii Wolności z miłości poprzez Platformę Obywatelską – z konieczności. Właściwie chodzi o dwie grupy, które zlewają się w jeden elektorat.

Po pierwsze -  „inteligenci” z PRL-owskim obciążeniem, czy też garbem. Oni w latach 80. czytywali „Politykę” jako pismo reformatorskie i „Tygodnik Powszechny” jako pismo opozycyjne. Paradoksem i symbolem zarazem pozostaje fakt, że w na pozór wolnej  III RP nadal czytają... „Politykę” i „Tygodnik Powszechny”, a do zestawu lektur obowiązkowych doszła tylko „Gazeta Wyborcza”. Część z tych ludzi – to trzeba zauważyć – zapewne w latach 80-tych sympatyzowała z antykomunistyczną opozycją, a 4 czerwca 1989 roku głosowała na kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Tyle tylko, że przed 1989 rokiem opozycja kojarzyła im się z... Adamem Michnikiem. Ktoś ukuł aforyzm: „Michnik w więzieniu napisał książkę, a Moczulski w więzieniu omal nie umarł”. Być może dlatego w III RP depozytariuszem i jedynie słusznym spadkobiercą etosu opozycji i „Solidarności” wydawał im się... tenże sam Adam Michnik. Tyle tylko, że po 1989 roku Michnik realizuje dwa już tylko projekty, które z etosem „Solidarności” (o ile taki istniał i  da się zdefiniować) nie mają już niczego wspólnego. Po pierwsze – ochrona interesów „ludzi honoru”, z którymi jego środowisko zawarło pakt w Magdalence. Po drugie – niedopuszczenie, aby w Polsce objęli władzę „kryptofaszyści” i „antysemici”. Być może kiedyś takim zagrożeniem dla demokracji według Michnika były tylko środowiska odwołujące się do wprost ideologii narodowej demokracji. Obecnie – są to już wszystkie siły, które można określić skrótem myślowym: patriotyczne.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Kordian Kuczma

Rosjanka, która szpiegowała Einsteina

Głośna u zarania obecnej dekady Anna Chapman miała prekursorki o niejednokrotnie porywających życiorysach. Jedna z nich – córka prowincjonalnego prawnika i muza artystycznej elity – została żoną najwybitniejszego rosyjskiego rzeźbiarza swojego pokolenia, a w 1998 r. pojawiła się na ustach całego świata jako ostatnia miłość samego Alberta Einsteina...

Grzegorz Braun

Kto kręci Wałkiem?

Lech Wałęsa rzeczywiście może traktować płatną współpracę z esbekami jako przelotny epizod o relatywnie niewielkim znaczeniu – na tle swej całożyciowej lojalności wobec bezpieki wojskowej.