Felietony

Uchodźcy-Nachodźcy

Grzegorz Braun

Uchodźcy mają tu do odegrania zaledwie rolę lodołamacza, torującego drogę zgoła innym przybyszom – rolę buldożera wyrównującego plac pod całkiem inną konstrukcję.

Komu się zdaje, że problem imigrantów na naszym terytorium dotyczyć ma głównie i wyłącznie nieszczęśników uciekających, bądź nasyłanych z Bliskiego Wschodu– tego śpieszę wyprowadzić z błędu. Oto bowiem rozmaite znaki na niebie i ziemi wskazują, że z Polską wiążą wielkie nadzieje i daleko idące plany mieszkańcy zupełnie innych stron, ludzie nie będący bynajmniej wyznawcami Mahometa. Ci ostatni mają tu do odegrania zaledwie rolę lodołamacza, torującego drogę zgoła innym przybyszom. Rolę buldożera wyrównującego plac pod całkiem inną konstrukcję.

Na trop nowej mądrości etapu naprowadza osobliwa retoryka, jaką posłużył się ostatnio pan podsekretarz stanu USA Tony Blinken, który wymogowi gościnności względem imigrantów poświęcił osobny ustęp swego warszawskiego przemówienia. Z jednej strony starał się on utwierdzić wiarę tubylczego audytorium w szczerość amerykańskich zamiarów zapewniania bezpieczeństwa w naszym regionie, z drugiej jednak mimochodem uzależnił ziszczenie się tej wizji od skwapliwości, z jaką przyjmiemy szukających u nas wytchnienia przybyszów. Blinken sięgnął przy tym po intrygujący argument: „Przyjęcie imigrantów, uchodźców i osób ubiegających się o azyl jest niezwykle trudnym zadaniem dla każdego z krajów. […] Ale wzywam was do tego, byście nie zamykali oczu. Patrzymy przecież na ludzi. Na matki. Na ojców. Na synów. Na córki. Na ludzi takich jak my. Nasi ojcowie i dziadowie pokonali w przeszłości często te same drogi, szukając schronienia przed przemocą”. Zauważmy: oto dla wzmocnienia imperatywu otwartości względem wyznawców Mahometa, imperialny rewizor odwołuje się do domniemanej wspólnoty przeżyć „naszych ojców i dziadów”. Jakaż jednak może być dziś analogia losów uciekinierów z Syrii i paryskich świadków holocaustu, wśród których dorastał Tony Blinken? Okazuje się, że bardzo ścisła.

Niespełna pół roku temu wyklarował to dobitnie prezydentowi Rosji prezes Europejskiego Kongresu Żydowskiego. Podczas styczniowej wizyty na Kremlu pan Wiaczesław Mosze Kantor miał oświadczyć m.in., że: „Statystycznie sytuacja Żydów w Europie jest najgorsza od czasów zakończenia II wojny światowej” (sic!), a „widmo exodusu Żydów z Europy jest dość realne”. Z kontekstu wynikało przy tym niezbicie, że zdaniem Kantora, największe niebezpieczeństwa czyhają dziś na Żydów w Europie Zachodniej. Tak też musiał zrozumieć to jego rozmówca, Włodzimierz Putin, skoro odpowiedział krótko i serdecznie: „Przyjeżdżajcie do nas! (sic!). Zauważmy, że niejako na marginesie, liderzy Europejskiego Kongresu Żydowskiego uznali w Putinie gwaranta swego bezpieczeństwa. Najwyraźniej więc nie dla wszystkich największym zmartwieniem jest „wzmacnianie wschodniej flanki NATO” w obliczu „zagrożenia ze strony Rosji” – ta wersja serwowana na użytek publiczności polskiej wcale niekoniecznie obowiązywać musi cały establishment europejski i światowy. Czy jednak zachodnioeuropejscy Żydzi zechcą skorzystać z zaproszenia do Rosji, by tam rewitalizować swoją autonomię, dajmy na to, w Birobidżanie? Mocno wątpliwe. Bo i po cóż mieliby jechać aż do Azji, skoro sentymenty lokują znacznie bliżej?

Podejmując w niedalekiej przyszłości kolejną wędrówkę, Żydzi nie będą raczej szukali szczęścia na Syberii. Wyjaśnia nam to ważna publikacja sprzed lat paru – obszerny artykuł Seweryna Aszkenazego, zasłużonego lidera i sponsora judaizmu reformowanego w III RP. Jego tekst – ze wszech miar wart lektury in extenso – formułuje jasny program żydowskiego powrotu do Polski: „Skoro historia się powtarza, w takim razie być może to, co nie do pomyślenia ‒ exodus Żydów z Europy zachodniej pod presją fizycznego zagrożenia ‒ znów będzie do pomyślenia” – stawia kwestię Aszkenazy, po czym przechodzi do rzeczy: „Jeśli wszyscy Żydzi znów będą musieli opuścić zachodnią Europę, w którą stronę powinni się udać? I gdzie natrafią na najbardziej gościnne przyjęcie? Zakładam tu czysto teoretycznie, że z tych czy innych powodów, nie zdecydują się na wyjazd do pozostającego w stanie nieustannej wojny i zagrożenia z zewnątrz, przeludnionego Izraela.” Aszkenazy sugestywnie i przekonująco rysuje niewesoły zaiste obraz recydywy antysemityzmu w krajach Zachodu – nie wyłączając Stanów Zjednoczonych z ich rosnąca populacją muzułmańską – po czym zadaje retoryczne, w świetle przytoczonych przezeń faktów, pytanie: „Czy europejscy Żydzi nie powinni zamiast wyjeżdżać z Europy, przenieść się na jej wschód?” Nie tai, że największe nadzieje wiąże właśnie z naszym krajem: „Sądzę, że znowu, jak kiedyś, na Polskę, niczym latarnię morską wśród wzburzonych fal, mogą spoglądać zachodnioeuropejscy Żydzi, chcący zacząć nowe życie w środowisku bezpiecznym dla nich i ich rodzin, ale tak, by nie opuszczać Europy. Polska może nawet posłużyć za bezpieczną bazę i główną siedzibę dla żydowskich elit biznesu z Europy, których interesy mają charakter globalny”. Ożywiony wizją Polski jako najbezpieczniejszej przystani dla Żydów, Seweryn Aszkenazy stara się zjednać czytelników dla tej koncepcji rozwiewając ewentualne zastrzeżenia: „Jednym z powodów jest gościnność Polaków, pomimo utrzymujących się wciąż uprzedzeń podsycanych przez niechętnie poddający się przemianom Kościół katolicki, otwartość polskiej gospodarki na żydowską przedsiębiorczość oraz otwartość Polski na kulturę żydowską”.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Andrzej Urbański

Kto i dlaczego był oburzony

Prezydent Kwaśniewski postanowił uroczyście obejść dziesiątą rocznicą obrad Okrągłego Stołu i wydał w Pałacu wielką uroczystość. To było całkowicie zrozumiałe.

Leszek Nowak

Narodowy bolszewizm

W kręgach antysemickiej prawicy Rosja po rewolucji stała się “nową Judeą”, ziemią podbitą i okupowaną przez Żydów.