Polska i Świat

Nietykalny

Mariusz Bach

Jak Prokuratura Generalna Andrzeja Seremeta ratowała wpływowego wiceministra rządu PO-PSL od przedstawienia zarzutów.

Dwa razy prokurator z Białegostoku chciał postawić zarzuty Jackowi Kapicy, byłemu już wiceministrowi finansów. – Dowody były mocne, ale Prokuratura Generalna chciała mieć święty spokój i utrąciła sprawę – mówi prokurator z Podlasia.

Szara eminencja

Pochodzący z zachodniopomorskiego Jacek Kapica (we wrześni skończy 46 lat), był szarą eminencją rządu PO – PSL. Był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów. Kierował też Izbą Celną, a od 2014 r. nadzorował też skarbówkę. Te funkcje dawały mu niemal nieograniczoną władzę nad firmami. Oficjalnie Kapica wypowiedział wojnę szarej strefie przez, którą tracić miał budżet państwa. Głównie przez zaniżone wpłaty z podatku akcyzowego. Inne zdanie na temat Jacka Kapicy mieli jednak prokuratorzy z Białegostoku, którzy od 2008 r. prowadzili śledztwo. Kapica nie był w nim pozytywnym bohaterem. Prokuratorzy uważali, że szef celników sam swoimi działaniami doprowadził do szeregu zaniedbań, które spowodowały, że Polskę zalała fala automatów do niskich wygranych. Już w 2013 r. prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie afery hazardowej przygotowali projekt postanowienia o przedstawieniu zarzutów Jackowi Kapicy. Wtedy mu się upiekło. Drugie podejście do przedstawienia Kapicy zarzutów prokuratorzy zaliczyli w 2014 roku. Tym razem skończyło się na interwencji Prokuratury Generalnej. Kapica znów nie usłyszał zarzutów. Dodatkowo prokuratorom, którzy chcieli zająć się wiceministrem zabrano sprawę afery hazardowej. Śledztwo przeniesiono do Poznania. – Takiego ręcznego sterowania, jak przy tej sprawie nie pamiętam w żadnej innej – opowiada doświadczony prokurator z Podlasia. Komu zależało by ochronić wiceministra finansów? - Byłemu kierownictwu Prokuratury Generalnej. Chcieli mieć święty spokój. Nie patrzyli na sprawę, jak prokuratorzy, a jak komisarze polityczni – mówi białostocki prokurator.

Kapica karierę polityczną zaczął na początku lat 90. Jako młody działacz Unii Demokratycznej, a następnie Unii Wolności. Niczym szczególnym się jednak wtedy nie wyróżnił. Gdy, w 1999 r., kiedy Zbigniew Bujak otrzymał z rąk Jerzego Buzka nominację na prezesa Głównego Urzędu Ceł niespełna 30-letni Kapica został szefem jego gabinetu. Po upadku rządu AWS-UW kapica stracił pracę jako urzędnik i próbował bez sukcesów swoich sił jako przedsiębiorca w branży cateringowej. W 2004 r. gdy Marek Belka został premierem i realizował integracje środowiska SLD (związanego z ówczesnym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i Unii Wolności) Kapica znów dostał urzędniczy etat. W 2006 r. za rządów PiS został szefem Izby Celnej w Szczecinie, to tam zauważył go Sławomir Nowak i ściągnął do rządu PO-PSL. Silną pozycję zyskał po wybuchu tzw. afery hazardowej w 2009 r. zupełnym przypadkiem. Wszystko dlatego, że w ujawnionych stenogramach z podsłuchów Ryszarda Sobiesiaka i Jana Koska hazardowi baronii właśnie jego określali jako główną przeszkodę w napisaniu korzystnej dla nich ustawy. To wystarczyło jako rekomendacja, aby Kapicy powierzyć nad nowym prawem. Donald Tusk z wizerunku Kapicy jako „jedynego sprawiedliwego” postanowił zrobić jeden z elementów kampanii wizerunkowej ratującej rząd. Przyznano mu nawet na chwilę ochronę BOR, choć nie pojawił się żaden sygnał o zagrożeniu dla szefa celników. Bliższe przyjrzenie się Kapicy pokazuje, że nie był on bynajmniej biernym obserwatorem działań lobbystów w sprawie ustawy hazardowej. W Kapica 2011 r. otrzymał stopień nadinspektora (odpowiednik generała brygady). Chociaż był najczęściej krytykowanym członkiem rządu PO-PSL, także przez inne branże przedsiębiorców, którzy dowodzili jego niekompetencji i szkodliwych działań, to cieszył się niezrozumiałą ochroną.

Od bierności, do nadgorliwości

Gdy w 2008 roku Prokuratura Apelacyjna w Białymstoku wszczynała śledztwo w sprawie tzw. afery hazardowej nikt nie przypuszczał, że na liście ściąganych znajdzie się czołówka najważniejszych urzędników Ministerstwa Finansów. Śledczy analizowali niemal każdą decyzję resortu dotyczącą rynku automatów o niskich wygranych. Małymi krokami odsłaniali bałagan jaki panował wewnątrz Ministerstwa Finansów i podległej resortowi Izbie Celnej. Ta ostatnia zajmowała się podatkiem akcyzowym i to ona powinna, przynajmniej teoretycznie kontrolować rynek gier losowych. Ale prowadzone przez prokuraturę śledztwo, szybko pokazało, że w resorcie finansów panował bałagan. Urzędnicy mimo, że mieli wiedzę o tym co dzieje się na rynku hazardowym nie reagowali. Mało tego, kiedy sprawą koncesji zainteresowała się prokuratura, celnicy zaczęli działać w drugą stronę. Wcześniejsze zaniechania zastąpiła nadgorliwość. Zatrzymywano tysiące automatów do gier o niskich wygranych. Duża część z nich, jak pokazało później śledztwo, powinna legalnie działać, bo spełniała wszystkie przewidziane prawem normy. Ale po kolei.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Paweł Zarzeczny

100 historii na 100-lecie

Legia Warszawa obchodzi właśnie 100-lecie istnienia. Byłem jej żołnierzem, serio, takim w mundurze, z karabinem jak trzeba, i piłką przy nodze i rakietą tenisową w ręce, w prawej…

Marcin Hałaś

Kołomyja nie pomyja...

Nie ma dwóch tak głęboko wrośniętych w polszczyznę nazw miast, jak Berdyczów i Kołomyja. Wszystko za sprawą przysłów i powiedzeń. „Pisz na Berdyczów” to osobna historia. A do Kołomyi nie umywa się nawet Kraków, który nie od razu zbudowano.