Historia

Złamana Strzała

Jakub Mikołajczuk

Komunikat „Broken Arrow” (złamana strzała) w amerykańskiej armii, to czarna wiadomość dla generałów i polityków. Oznacza on wypadek z udziałem ładunku nuklearnego, taki jak uszkodzenie go, czy… zgubienie. Wydaje się to niewiarygodne, ale USA przyznają się aż do trzydziestu dwóch takich incydentów.

Pierwszy wypadek miał miejsce w roku 1950. 13 lutego bombowiec strategiczny B-36 Peacemaker po pokonaniu długiej trasy miał wykonać symulowany atak na San Francisco w ramach rutynowych ćwiczeń. Miały to być warunki zbliżone do tych, z jakimi spotkałaby się załoga wykonująca naloty na terytorium ZSRR.

Na pokładzie maszyny znajdowała się 16-osobowa załoga i zgodnie z planem ćwiczeń, samolot miał zaliczyć 24-godzinną misję w powietrzu. Jednak po kilku godzinach lotu trzy z sześciu silników uległy awarii, a na pozostałych bombowiec nie był w stanie lecieć i maszyna zaczęła tracić wysokość. Na pokładzie znajdowała się bomba jądrowa Mark 4, według oficjalnego komunikatu − nieuzbrojona w konieczny do detonacji plutonowy rdzeń. Załoga zrzuciła ładunek nad brzegiem kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska i wyskoczyła na spadochronach. W czasie opadania eksplodował konwencjonalny ładunek wybuchowy o masie 227 kilogramów, służący do wywołania detonacji głowicy jądrowej. Bomby, która spadła do oceanu, nigdy nie odnaleziono, a samo miejsce upadku samolotu, w trudnym górskim regionie, Kanada i USA przez kilkadziesiąt lat utrzymywały w tajemnicy. Niemal dwa miesiące później nad Nowym Meksykiem rozbił się bombowiec B-50 przewożący bombę atomową tego samego typu, co B-36. Sama bomba została zniszczona w wyniku uderzenia o ziemię, lecz głowica z materiałem nuklearnym, która również znajdowała się na pokładzie, ocalała.

Bombowe lata 50.

Sześć lat później, 10 marca 1956, Boeing B-47 Stratojet, z dwoma bombami termojądrowymi na pokładzie, w trakcie przelotu z lotniska MacDill AFB na Florydzie do Europy, zaginął na Morzu Śródziemnym. Mimo intensywnych poszukiwań nigdy nie odnaleziono nawet śladu załogi, samolotu czy ładunków, jakie przewoził.

Wypadki w latach 50. powtarzały się cyklicznie. W lutym 1958 roku bombowiec B-47 zderzył się w powietrzu z myśliwcem F-86 Sabre. Myśliwiec spadł do Atlantyku, a B- 47 − choć poważnie uszkodzony − zdołał awaryjnie wylądować. Wcześniej piloci dostali rozkaz zrzucenia trzyipółtonowej bomby jądrowej, która trafiła do oceanu. Poszukiwania trwały miesiące. Nigdy jej nie odnaleziono.

Do kolejnego groźnego incydentu doszło już w kolejnym miesiącu. 11 marca 1958 roku z bazy w Georgii wystartował B-47 Stratojet. W ramach operacji „Snow Flurry” wyruszył w transoceaniczny lot patrolowy do Wielkiej Brytanii, mając na pokładzie uzbrojoną bombę jądrową Mark 6. Już nad Południową Karoliną w kokpicie zapaliła się kontrolka sygnalizująca problem z zaczepem bomby. Do komory bombowej, w celu usunięcia usterki, udał się nawigator, kapitan Bruce Kulka. Niestety, podczas eliminowania problemu przez przypadek pociągnął za uchwyt do awaryjnego zrzutu bomby. Zwolniony z zaczepów ładunek spadł na drzwi komory bombowej, które pod ciężarem ważącej 4 tony bomby się otworzyły. Bomba spadła z impetem do ogródka Waltera Gregga w miasteczku Mars Bluff. Pod wpływem siły uderzenia znacznej masy i wybuchu służącego do detonacji ładunku konwencjonalnego, powstał krater o średnicy 23 metrów. Nikt nie zginął, ale zbombardowanie własnego terytorium zakończyło się hospitalizacją kilku rannych osób.

W ramach operacji „Chrome Dome”, w latach 60., nad północnym Atlantykiem i Oceanem Arktycznym, permanentnie latały bombowce strategiczne, uzbrojone w bomby nuklearne gotowe, by w każdej chwili na rozkaz z Pentagonu obrać kurs na ZSRR. Przy takim natężeniu lotów o wypadki nie było trudno. Tylko w 1961 roku doszło do trzech zderzeń z udziałem bombowców z ładunkami jądrowymi na pokładzie, w okolicy Yuba City i Savage Mt. Do najgroźniejszego doszło nocą, z 23 na 24 stycznia 1961 roku. Z bazy sił powietrznych pod Goldsboro w Karolinie Północnej wyruszył bombowiec B-52. Nagle z jednego skrzydła zaczęło wyciekać paliwo. Brak zbalansowanej wagi sprawił, że pilot stracił kontrolę nad B-52, i maszyna wreszcie rozpadła się w powietrzu. Załoga wyrzuciła dwie bomby termojądrowe Mark 39o mocy 3.8 megatony każda (bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę miała 0,01 megatony) − 5 członków załogi przeżyło, jedna osoba zginęła przy lądowaniu na spadochronie, a dwie nie zdążyły wyskoczyć. Przez lata zapewniano, że ładunki były zabezpieczone, dopiero kilka lat temu Departament Obrony USA odtajnił dokumenty. Prawda okazała się inna. Na skutek niekontrolowanych ruchów samolotu i nagłego zrzutu wytworzyła się sytuacja zbliżona do celowego ataku. W obu ładunkach prawdopodobnie automatycznie zainaugurowana została reakcja termojądrowa (w ładunkach przełączniki bezpieczeństwa były włączone na arm switch, a nie safe), w jednej z bomb nie otworzył się spadochron, więc z całą siłą uderzyła o ziemię niszcząc prawdopodobnie urządzenia detonacyjne, co zatrzymało eksplozję, druga swobodnie opadła na czaszy spadochronu na ziemię. Pierwsza nigdy nie została odnaleziona, wojsko odkupiło teren bagien od właściciela i go ogrodziło. Eksperci Air Force stwierdzili, że w drugiej bombie, pięć z sześciu układów zostało aktywowanych w czasie spadania. „Przez margines błędu, dosłownie braku zetknięcia się dwóch kabli, uniknęliśmy eksplozji nuklearnej” − pisał w tajnym raporcie do prezydenta Kennedy’ego (w chwili wypadku był prezydentem od 3 dni), ówczesny sekretarz obrony Robert McNamara. Gdyby nie awaria drobnego elementu układu zabezpieczającego − z Goldsboro i okolic nie zostałyby nawet zgliszcza... Konsekwencje polityczne w USA po eksplozji nuklearnej i śmierci tysięcy Amerykanów, trudno nawet sobie wyobrazić.

Poprzednia
1 2 3

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Leszek Nowak

Prezydencka dynastia Ameryki

W naszych czasach w polityce amerykańskiej odnajdujemy potężne rodziny, których członkowie zajmują najwyższe pozycje w strukturach władzy. Obecnie najbardziej znani są Clintonowie i Bushowie. Gdybyśmy jednak mieli wskazać na pierwszą wielką dynastię Ameryki, to wybór z pewnością padłby na rodzinę Adamsów.

Kordian Kuczma

Rosjanka, która szpiegowała Einsteina

Głośna u zarania obecnej dekady Anna Chapman miała prekursorki o niejednokrotnie porywających życiorysach. Jedna z nich – córka prowincjonalnego prawnika i muza artystycznej elity – została żoną najwybitniejszego rosyjskiego rzeźbiarza swojego pokolenia, a w 1998 r. pojawiła się na ustach całego świata jako ostatnia miłość samego Alberta Einsteina...