Felietony

Bohaterowie spod ciemnej gwiazdy

Grzegorz Braun

Powiedz mi, jakich czcisz bohaterów, a powiem ci, kim jesteś – w przypadku Polaków ta zasada sprawdza się doskonale. Nasz „narodowy panteon” znakomicie obrazuje zamęt duchowy i dezorientację intelektualną, w jakiej utrzymywani jesteśmy od pokoleń – o zgrozo, także przez własnych dziejopisów.

Tadeusz Kościuszko, wcale nie tak poczciwy dureń, jakby się zdawało, kondotier rewolucji światowej, odpowiedzialny za „dywersję na tyłach”, która zdołała skutecznie osłonić jakobinów w Paryżu, ale ostatecznie wydał Kraków i Warszawę na łup zaborców; Hugo Kołłątaj, lojalny agent tej samej rewolucji, łasy na publiczny pieniądz bezwzględny arywista, czołowy patron zideologizowanego systemu państwowej przymusowej indoktrynacji, odpowiedzialny także za wdrożenie metody wyzysku fiskalnego poprzez oszukańczą emisję nic niewartych banknotów; Stanisław Staszic, jeden z ojców-założycieli zbankrutowanego już w zarodku systemu państwowych dotacji do wszystkiego, fałszywy dobroczyńca – za cudze pieniądze; czy bracia Potoccy, Ignacy i Stanisław Kostka, wielcy mistrzowie masonerii, zasłużeni w zaciekłej walce z tradycją narodową i katolicką – wszyscy oni mają u nas po całym kraju swoje „kapliczki”, w których trwa w najlepsze inteligencki kult oparty na wierze w urojone „zasługi dla Polski” tych, którzy Ją w istocie spychali do grobu. A jeszcze Jan Kiliński – agent rosyjskiego ambasadora Igelstroema – pyszałkowaty, niczym Bolek-Wałek swojej epoki; a Piotr Wysocki z Józefem Zaliwskim – jeden autentycznie głupi, drugi autentycznie przebiegły – obaj występujący w charakterze świadomych czy nieświadomych narzędzi obcej antypolskiej prowokacji; albo fatalnie zbałamuceni i innych wytrwale bałamucący księża-komuniści: Ściegienny, Mikoszewski i inni krzewiciele rodzimej wersji „teologii wyzwolenia” – jeśli nawet nie wszyscy mają swoje pomniki, to przynajmniej tabliczki z nazwami ulic, placów, szkół podstawowych i wyższych uczelni.

W tej sytuacji – wychowywania od kolebki w kulcie takich urojonych wielkości, łże-autorytetów i fałszywych gwiazd – Polacy mieć będą zawsze problemy z właściwą samooceną i samoidentyfikacją. Jeśli bowiem ten panteon typów spod ciemnej gwiazdy to ma być sam cymes i sewrski wzorzec metra; jeśli całkowicie mylne drogowskazy wskazują narodowi kierunek rozwoju, a postęp odmierzają całkowicie wadliwe wskaźniki – to dokąd właściwie zmierzamy? Jeśli kamieniami milowymi naszych dziejów ma być po wsze czasy szereg antypolskich prowokacji insurekcyjnych, a rujnujące skarb państwa afery korupcyjne i monumentalne „skoki na kasę” w rodzaju Komisji Edukacji Narodowej, Korpusu Górniczo-Hutniczego mają być wzorem dla współczesnych „wielkich projektów” – to jakie państwo można na takim fundamencie zbudować? Warto docenić skalę tego obłędu: polskim żołnierzom wskazuje się jako przykład godny naśladowania zbuntowanych podchorążych, urzędnikom podsuwa się jako wzorzec rozszalałych etatystów, a mężowie i żony stanu egzaltują się wspomnieniem agentów obcych służb i łóż, którzy cyklicznie popychali Polskę do grobu. Zła historia jest wszak mistrzynią złej polityki – jak najsłuszniej w świecie diagnozował XIX-wieczny dziejopis (Józef Szujski). Widać to wyraźnie, kiedy prześledzimy całe łańcuchy tych fatalnych tradycji – tak zaciekle idealizowanych przez pokolenia: poronione projekty „industrializacyjne” Tyzenhauza czy Druckiego-Lubeckiego stają się mitycznym wzorcem, na który powołują się później doktrynerzy w rodzaju Kwiatkowskiego, Starzyńskiego et consortes – a w efekcie mamy z tego zawsze gwarantowane afery korupcyjne w stylu „banku zbożowego” Nikodema Dyzmy & Co.

Przyklaskując więc ogłoszonej niedawno przez Instytut Pamięci Narodowej kampanii „denazyfikacyjnej”, należy stanowczo rozszerzyć zakres tej akcji. Nie wystarczy postrącać z piedestałów XX-wiecznych sowieciarzy i wywieźć do Kozłówki ostatnie pomniki „wdzięczności Armii Czerwonej” i przeoczone wcześniej popiersia „utrwalaczy władzy ludowej”. Trzeba sięgnąć szerzej i głębiej. Można odetchnąć z ulgą, że w naszej policji i bezpiece nie uprawia się już oficjalnego kultu Feliksa Dzierżyńskiego, ale jak długo wojskowe uczelnie nosić będą imiona takich kondotierów cudzej sprawy, jak np. Jakub Jasiński, Marian Langiewicz czy Jarosław Dąbrowski – tak długo nasze państwo posadowione będzie na nietrwałym i niepewnym fundamencie ideowym. Komuna Paryska nie zasługuje wszak na żadną taryfę ulgową, ani tym bardziej narodowe sentymenty – bardziej niż cała komuna XX-wieczna. A przecież to nie tylko czasy oświeceniowej i romantycznej awarii aksjologicznej są matecznikiem, w którym lęgły się te „biesy” deformujące i zatruwające polską świadomość historyczną – cały ten fałszywy postępacki paradygmat jest wszak jeszcze głębiej i bardziej rozlegle zakorzeniony w historii. Nie wystarczy więc wyświęcić raz na zawsze z czytanek i podręczników wszystkich tych polskich „Wolterów” i „Robespierrów” – trzeba poprzebijać osinowymi kołkami dawniejszych bywalców tego „balu wampirów”: ot, choćby Buonaccorsiego-Kallimacha czy Jana Amosa Komeńskiego.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Jan Piński

Polska Bez Cenzury

Cenzura jest tak stara jak świat. W końcu na początku było słowo. Mylą się ci, którzy uważają, że w Polsce cenzura skończyła się wraz likwidacją słynnego urzędu przy ul. Mysiej w Warszawie, w kwietniu 1990 r.

Andrzej Urbański

Kto i dlaczego był oburzony

Prezydent Kwaśniewski postanowił uroczyście obejść dziesiątą rocznicą obrad Okrągłego Stołu i wydał w Pałacu wielką uroczystość. To było całkowicie zrozumiałe.