Polska i Świat

Jak Niemcy kpią z Powstania Warszawskiego

Leszek Pietrzak

Niemcy nigdy nie przeprosili za zbrodnie wojenne, które popełnili w czasie Powstania Warszawskiego. W ich podręcznikach szkolnych nie ma informacji o ludobójstwie cywili, czy zrównaniu z ziemią Warszawy, już po zakończeniu działań wojennych. Główni kaci Powstania spokojnie dożyli starości i otrzymali wysokie emerytury. Mało tego, w niemieckich mediach oprawcy pokazywani byli jako… „dobrzy Niemcy”, zachowujący się przyzwoicie wobec wrogów.

W sierpniu 2014 r. w ramach obchodów 70. rocznicy Powstania Warszawskiego strona polska zaprezentowała w berlińskim Muzeum Topografii Terroru wystawę poświęconą zrywowi polskiej stolicy. Była to przede wszystkim zasługa stołecznego Muzeum Powstania Warszawskiego, które od dawna zabiegało o to, aby zaprezentować wystawę odbiorcom niemieckim, z nadzieją, że pozwoli im ona zrozumieć niemiecką odpowiedzialność za tamtą tragedię mieszkańców stolicy. Na przygotowanej przez stronę polską wystawie, oprócz scen walki, opisów zdarzeń i zdjęć przedstawiających losy cywilnej ludności Warszawy w czasie Powstania, znalazły się także plansze ukazujące niemieckich dowódców, odpowiedzialnych za jego stłumienie, masowe mordy cywilnych mieszkańców, a potem doszczętne zburzenie miasta. W sposób szczególny wyeksponowane zostały wśród nich postacie Ericha von dem Bacha-Zelewskiego i Heinza Reinefartha – dowódców oddziałów SS, które tłumiły Powstanie, a także osoba Rainera Stahela – komendanta wojskowego Warszawy z czasów Powstania. Tysiące niemieckich obywateli oglądających wystawę po raz pierwszy mogło usłyszeć o konkretnych Niemcach, którzy mieli na sumieniu życie tysięcy mieszkańców polskiej stolicy. Nie była to wiedza, która łatwo przebijała się do ich świadomości, mocno przeoranej kłamstwami na temat ostatniej wojny, jakie sączone są Niemcom już w szkole. Potomek jednego z trzech głównych zbrodniarzy przedstawionych na polskiej wystawie do tego stopnia uległ irytacji, że postanowił zareagować protestem na rzekome bezczeszczenie pamięci jego przodka – gen. Rainera Stahela. Zamieszkałego w Berlinie Christopha Brosziesa, bo o nim mowa, zdenerwowało to, że ktoś w ogóle śmie nazywać jego nobliwego przodka „zbrodniarzem wojennym”, podczas gdy żaden sąd nigdy nie skazał go za „zbrodnie wojenne”. Broszies postanowił wystosować pisma do organizatora wystawy – Muzeum Powstania Warszawskiego, domagając się usunięcia wspomnianego napisu pod zdjęciem gen. Stahela. Groził nawet wytoczeniem procesu warszawskiemu muzeum w przypadku, gdyby jego żądanie nie zostało ostatecznie spełnione. Potomka niemieckiego zbrodniarza kompletnie nie interesowało to, że o odpowiedzialności gen. Stahela za zbrodnie popełnione w Warszawie świadczą zachowane dokumenty archiwalne, zdjęcia, relacje świadków, a także wyniki badań historycznych. Broszies uważał, i był o tym głęboko przekonany, że skoro gen. Stahel nie był skazany przez żaden sąd za rzekome zbrodnie, to nie można o nim pisać, że był zbrodniarzem, bo tak mówią podstawowe zasady prawa, które w zjednoczonej Europie powinni respektować wszyscy. I poniekąd miał rację, przynajmniej częściowo. Gen. Rainer Stahel rzeczywiście nie został nigdy skazany przez żaden sąd i jest to prawdą. Nie miał on po prostu zbyt wielkiej szansy na to, aby zmierzyć się z jakimkolwiek sądem i odpowiedzialnością za zbrodnie, jakich dopuścił się na mieszkańcach polskiej stolicy.

Po stłumieniu Powstania Warszawskiego został oddelegowany do Bukaresztu, po tym, jak obalono w Rumunii reżim sprzymierzonego z III Rzeszą marszałka Iona Antonescu, gdzie Niemcy spodziewali się antyhitlerowskiego powstania. Jednak tam po jakimś czasie został internowany przez rumuńskie władze, a następnie po zajęciu Rumunii przez Armię Czerwoną przekazany w ręce Sowietów. Ci jednak kompletnie nie wiedzieli, z kim tak naprawdę mają do czynienia i umieścili Stahela w obozie razem z tysiącami innych niemieckich żołnierzy. Jego dalsze losy nie są dokładnie znane. Wiadomo jedynie, że generał zmarł w sowieckiej niewoli w latach 50., chociaż istnieją spore rozbieżności na temat daty i okoliczności jego śmierci. Według jednej wersji miał umrzeć 30 listopada 1952 r. w więzieniu NKWD we Włodzimierzu Wołyńskim, według innej wersji zmarł w 1955 r. na zawał serca w miejscowości Wojkowo, po tym, jak sowieckie władze zdecydowały się go odesłać do wschodnioniemieckiej NRD.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Paweł Zarzeczny

Niemiec z orzełkiem

Rok 1938, przedwojenny. W naszym ataku geniusz, Ernest Wilimowski, prawdopodobnie najlepszy piłkarz, który kiedykolwiek zakładał koszulkę z białym orłem.

Viktor Kozaryk

Wesołe miasteczko „Czarnobyl”

Miejsce największej katastrofy nuklearnej XX wieku stało się atrakcją turystyczną.