Felietony

Prezydencka dynastia Ameryki

Leszek Nowak

W naszych czasach w polityce amerykańskiej odnajdujemy potężne rodziny, których członkowie zajmują najwyższe pozycje w strukturach władzy. Obecnie najbardziej znani są Clintonowie i Bushowie. Gdybyśmy jednak mieli wskazać na pierwszą wielką dynastię Ameryki, to wybór z pewnością padłby na rodzinę Adamsów.

Stany Zjednoczone mają jedną z najstarszych tradycji demokratycznych na świecie. Zrywając w swej rewolucji ze Starym Światem, odrzuciły tytuły szlacheckie i cały sztafaż związany z arystokracją dziedziczną w Europie. Nie oznacza to wszakże, że w praktyce nie stworzyły własnej elity, odgrywającej rolę swego rodzaju nieformalnej arystokracji. W naszych czasach w polityce amerykańskiej odnajdujemy potężne rodziny, których członkowie zajmują najwyższe pozycje w strukturach władzy. Obecnie najbardziej znani są Clintonowie i Bushowie. W pierwszym przypadku mamy raczej do czynienia z parą piekielnie ambitnych polityków, ale już w przypadku Bushów odnajdujemy kilka pokoleń polityków sprawujących urzędy senatorów, gubernatorów i prezydentów. Rywal George’a W. Busha w wyborach z 2000 roku, Al Gore, także był synem wieloletniego senatora o tym samym imieniu i nazwisku ze stanu Tennessee. Wszyscy znają także przykład rodziny Kennedych, z której pochodził wpływowy dyplomata Joseph S. Kennedy, i jego trzech synów – prezydent John F. Kennedy, prokurator generalny Robert Kennedy, oraz zmarły kilka lat temu wieloletni senator, Edward Kennedy. Sięgając głębiej w przeszłość, odnajdujemy przykłady rodziny Rooseveltów, z której wywodziło się dwóch prezydentów, czy – szukając jeszcze głębiej w przeszłości – rodzinę Harrisonów z Wirginii, która również dała Ameryce dwóch prezydentów.

Gdybyśmy jednak mieli wskazać na pierwszą wielką dynastię Ameryki, to wybór z pewnością padłby na rodzinę Adamsów. Z niej wywodziło się dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych – John Adams i John Quincy Adams. Listę znakomitych przedstawicieli tej rodziny można by oczywiście znacząco wydłużyć, dodając wybitnych dyplomatów, jak ambasador Stanów Zjednoczonych w Wielkiej Brytanii z czasów wojny secesyjnej, Charles Adams, wielkich intelektualistów – należy w tym przypadku przede wszystkim wymienić Henry’ego Adamsa, największego historyka amerykańskiego w XIX wieku czy żonę Johna Adamsa, Abigail Adams – wybitną intelektualistkę, uważaną za jedną z pierwszych feministek amerykańskich. Obok tej listy można jednak ułożyć alternatywną, składającą się z Adamsów, którzy mieli złamaną karierę, którzy nie potrafili sprostać wyzwaniu, jakie narzucała rodzinna tradycja i popadali w alkoholizm. Rodzina Adamsów miała więc w swoim gronie dużą liczbę osób wybitnych, jak i wielu degeneratów i alkoholików.

Potomek Adama

Rodzina pochodziła z Massachusetts, jednej z założycielskich kolonii amerykańskich, stworzonej przez purytanów, uciekających z Anglii w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Ameryka stała się dla nich – jak to określił jeden z purytańskich kaznodziejów – „miastem lśniącym na wzgórzu”. Purytanie byli radykalnym odłamem zwolenników Jana Kalwina. Ich radykalizm przejawiał się nie tylko w nowym sposobie pojmowania nauki chrześcijańskiej i Kościoła, lecz także w doktrynie politycznej. Z wrogością odnosili się do monarchii Stuartów rządzącej w Anglii i przynieśli ze sobą do Nowego Świata żarliwe przekonania republikańskie. Mimo tego, że kolejne pokolenia Adamsów odeszły od wiary przodków, purytańska formacja duchowa odcisnęła na nich swoje piętno.

John Adams otrzymał solidne prawnicze wykształcenie. Oprócz prestiżu dawało ono wgląd w arkana działania państwa. Było to także wykształcenie odpowiednie dla dżentelmena, ponieważ jego elementem było przyswojenie sobie kultury klasycznej. Prawnik – podobnie jak polityk – musiał być dobrym mówcą. John Adams potrafił przemawiać znakomicie. Legenda głosi, że raz mówił przed sądem dokładnie 5 godzin – tyle właśnie czasu potrzebował jego klient, aby pójść do domu po brakujący dokument i z nim wrócić. Dodajmy w tym miejscu, że zamiłowanie do retoryki odziedziczył po nim syn, John Quincy, który Cycerońską elokwencję uważał za ważny składnik kultury politycznej republiki. Sam przez pewien czas wykładał retorykę i napisał książkę poświęconą tej tematyce.

Założyciel dynastii, John Adams, był absolwentem Uniwersytetu Harvarda i należał do najlepiej wykształconych ludzi swoich czasów. Rola, jaką odegrał w rewolucji (przewodził m.in. obradom Konwencji, która przyjęła Deklarację Niepodległości) uczyniła z niego jednego z najważniejszych przedstawicieli pokolenia Ojców Założycieli Ameryki. Mimo to, z punktu widzenia arystokratów europejskich był nuworyszem, człowiekiem ze skromnym pochodzeniem społecznym. Podczas jednej ze swoich pierwszych misji dyplomatycznych we Francji, pewna dama powiedziała do niego: „Sądząc po pana nazwisku, pana rodzina wywodzi się od Adama”.

Jego kariera dyplomatyczna, trwająca 11 lat, była niezwykle trudnym doświadczeniem, ale bardzo dużo go nauczyła. Adams spędził czas na misjach dyplomatycznych w Paryżu, Amsterdamie, Hadze i w Londynie. W Londynie doznał upokorzeń jako przedstawiciel narodu buntowników, którzy wystąpili przeciwko legalnej władzy; w przyjaznej Francji czuł się obco wśród snobistycznych arystokratów, oraz zdominowany przez Benjamina Franklina, który jako ambasador młodego państwa był gwiazdą salonów francuskich.

Mimo że ze względów politycznych Adams był anglofobem, analiza ustroju politycznego Anglii skłoniła go do admiracji dla instytucji politycznych wroga. Wbrew opinii samego Franklina, który był zwolennikiem parlamentu jednoizbowego, Adams napisał elokwentne i erudycyjne traktaty broniące parlamentu składającego się z dwóch izb. Po powrocie, kiedy to został pierwszym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, bronił z kolei dziedzicznej monarchii i ukazywał jej przewagę nad wybieralnym urzędem prezydenta. Jako przewodniczący senatu prowadził obrady na temat tego, jak powinno się tytułować prezydenta Stanów Zjednoczonych. Padały różne propozycje. Adams wypowiedział się, że zgodnie z jego doświadczeniem europejskim, jeśli głowę państwa będzie się tytułować „George Washington, President of the United States”, nie będzie cieszył się on szacunkiem. Jednak taki właśnie tytuł przyjęto, a opinie Adamsa określono jako herezje sprzeczne z duchem republikańskiej prostoty.

Adams od dawna był nieufny wobec politycznie roznamiętnionych tłumów i walk frakcji politycznych. Doświadczenia rewolucji francuskiej tylko utwierdziły go w tym przekonaniu. Jako wiceprezydent krytykował więc ustrój, na którego straży miał stać i dowodził pośrednio, że ustrojem godnym naśladowania są instytucje państwa, z którym niedawno Amerykanie prowadzili wojnę o niepodległość.

John Adams został drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale nie można powiedzieć, że jego pozycja dorównywałaby poprzednikowi – George’owi Washingtonowi – a jego kadencja należała do udanych. Miał swego rodzaju kompleks na punkcie swojego poprzednika. Do końca życia uważał, że jego rola w amerykańskiej rewolucji została wyolbrzymiona. Wyżej cenił bohatera rewolucji w Massachusetts, swojego kuzyna, Samuela Adamsa, który jego zdaniem został niesprawiedliwie zapomniany. Okres jego prezydentury przypada na czas ostrego konfliktu politycznego w Ameryce. Uchwalenie Konstytucji nie zakończyło sporu o kształt Unii. Stronnictwo Federalistów, na którego czele stał Alexander Hamilton, parło w kierunku ściślejszej Unii. Domagało się ono silnej władzy federalnej, aktywnie promującej rozwój przemysłu, handlu i infrastruktury, z silnym bankiem centralnym, energicznie finansującym rozwój kraju. Po drugiej stronie znajdowało się Stronnictwo Republikanów, na którego czele stał Thomas Jefferson. Jego zwolennicy domagali się, aby władza federalna pozostała w granicach wyznaczonych przez Konstytucję, sprzeciwiali się aktywnej polityce gospodarczej i zagranicznej. Główną rolę w ich doktrynie politycznej odgrywała władza stanowa, której bronili przed zbyt energiczną władzą federalną.

Adams był bliższy pierwszemu stronnictwu. Sprawa jednak nie była prosta. Republikanie mieli mocne argumenty. Obok Jeffersona stanął sam James Madison, wcześniej współtwórca Konstytucji, tworzącej silną władzę federalną. Adams zdawał sobie sprawę z problematyczności własnego stanowiska. Wiedział, że Jefferson i jego zwolennicy również reprezentują ważny składnik amerykańskiej kultury politycznej.

Thomas Jefferson pozostał jedną z najważniejszych postaci w życiu Johna Adamsa. Mierząc to konwencjonalnymi kryteriami, kariera Johna Adamsa zakończyła się porażką. W 1800 roku przegrał wybory nie tylko z Thomasem Jeffersonem, lecz także nawet z politycznym awanturnikiem Aaronem Burrem. Resztę życia, to znaczy 25 lat, spędził w miejscu, które stało się rezydencją rodzinną, w Quincy w stanie Massachusetts. Thomas Jefferson natomiast, podobnie jak sam George Washington, był prezydentem przez dwie kadencje. Tak też się stało z jego protegowanymi i następcami na urzędzie prezydenta – obaj pochodzili z Wirginii – Jamesem Madisonem i Jamesem Monroe. Dla Jeffersona jednak, podobnie jak dla Johna Adamsa, prezydentura była wielkim rozczarowaniem. Dla obu rok 1776, w którym odegrali tak istotną rolę, pozostawał punktem odniesienia. Kolejne lata były okresem zawiedzionych nadziei. Dzięki pośrednictwu jednego z przyjaciół nawiązali korespondencję, która trwała do końca życia. John Adams wysłał do Jeffersona ponad 100 listów, Jefferson o wiele mniej, ale liczby nie są tu najważniejsze. Korespondencja dotyczyła najważniejszych spraw dla Ameryki. Do dzisiaj pozostaje jednym z klasycznych dzieł w amerykańskiej myśli politycznej. Pozostaje także pomnikiem tej formacji kulturowej, nazywanej Republic of Letters – niewidzialnej, przekraczającej granicę republiki ludzi myślących, którzy komunikowali się poprzez listy. Warto zauważyć na marginesie, że zwyczaj pisania listów był jedną z form kultury zachodniej, wielkim jej osiągnięciem, który prawdopodobnie zniknie ze względu na dominację nowych form komunikacji.

Wrogość i przyjaźń Johna Adamsa z Thomasem Jeffersonem to w pewnym sensie symboliczna historia Ameryki. Adams symbolizuje Nową Anglię (Massachusetts to najważniejszy jej stan), Jefferson natomiast jest symbolem Wirginii. Dzięki sojuszowi tych dwóch ośrodków kolonizacji Ameryki powstały Stany Zjednoczone jako niepodległe państwo. Dzieje późniejszych konfliktów, w tym przede wszystkim wojna secesyjna, to w dużym stopniu rezultat konfliktu między tymi dwoma ośrodkami Ameryki.

Faktem symbolicznym jest to, że obaj zmarli tego samego dnia – 4 lipca 1826 roku, dokładnie w 50. rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości, przy pracach, nad którymi odegrali decydującą rolę.

Kup e-wydanie tego numeru, aby uzyskać pełny dostęp do artykułu

Pobierz ten numer w formie elektronicznej w wybranym formacie (PDF, epub, mobi) i uzyskaj dostęp online do artykułów.

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Paweł Zarzeczny

Niemiec z orzełkiem

Rok 1938, przedwojenny. W naszym ataku geniusz, Ernest Wilimowski, prawdopodobnie najlepszy piłkarz, który kiedykolwiek zakładał koszulkę z białym orłem.

Grzegorz Braun

1050 lat promesy cywilizacyjnej

Wraz ze Chrztem otrzymywali nasi przodkowie promesę na korzystanie ze wszystkich najwspanialszych skarbów cywilizacji opartej na dwóch filarach – nieznanych w innych kręgach cywilizacyjnych – rozdziale władzy świeckiej i duchownej i etyce bezwzględnej.