Felietony

FDR do denazyfikacji

Grzegorz Braun

Biały Dom już na przełomie 1938 i 1939 r. zakładał, że wojna w Europie skutkować będzie oddaniem połowy kontynentu pod władzę Sowietów – a przy okazji – zniszczeniem i zniewoleniem Polski.

Któryż to już raz Instytut Pamięci Narodowej zapowiada ostateczną „denazyfikację” nazewnictwa polskich placów, ulic, szkół i wszelakiej maści placówek oświaty i kultury? Któryż raz ogłasza ostateczną eksmisję „pomników wdzięczności Armii Czerwonej” i innych „ubelisków” tam, gdzie ich miejsce – do Kozłówki, albo innego skansenu reliktów sowietyzmu? Z jednej strony dobra to wiadomość, bo może tym razem wystarczy wszystkim determinacji, by tę akcję skutecznie zakończyć. Z drugiej jednak – jakże żałosny to fakt, że ćwierć wieku po odjeździe ostatnich eszelonów Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej tyle jeszcze pozostaje w tej sprawie do zrobienia. Nie należy winić historyków, badaczy i inwentaryzatorów – oni już dawno zrobili w tej sprawie niemal wszystko, co było do zrobienia. Pozostały decyzje administracyjne, do których podjęcia niezbędna była i jest egzekutywa polityczna – i to na wysokim szczeblu. Jak dowiodła praktyka minionych lat, władze samorządowe okazują się częstokroć bezradne wobec lokalnych patriotyzmów przejawianych przez sieroty po PRL-u – a już z pewnością są „za krótkie”, by oprzeć się propagandowym pomrukom, które rutynowo wydaje w tej sprawie Moskwa. Notabene: materialne artefakty, dzieła apoteozy czerwonych bohaterów muszą w końcu zniknąć z przestrzeni publicznej właśnie i z tego względu: by swoją obecnością nie stwarzać nikomu łatwej okazji do prowokacji, która znów zaciążyć może na relacjach Polski ze wschodnim sąsiadem.

Ale bądźmy poważni: nie ograniczajmy tych spóźnionych porządków wyłącznie do czerwonych bandytów, oprawców i sprzedawczyków czy najeźdźców i ciemiężycieli – pozbądźmy się przy okazji i innych pamiątek serwilizmu i niesuwerenności. Że nie ma w naszych miastach miejsca ani na Adolf Hitler Strasse, ani na Aleje Stalina – to oczywistość. Ale co dalej robi tutaj inny zbrodniarz wojenny: Franklin Delano Roosevelt – współodpowiedzialny za rozpętanie drugiej wojny światowej, realizator polityki skutkującej zniewoleniem Polski na następne dziesiątki lat? Jeszcze przed wojną, kiedy budował w Stanach Zjednoczonych swoją wersję gospodarki socjalistycznej, nie wahał się sam porównywać swego autorskiego projektu do podjętego w tym samym czasie dzieła narodowych socjalistów w Niemczech: „Pan Hitler reformuje swój kraj – i my reformujemy nasz po swojemu” – tak mniej więcej objaśniał w jednym z wywiadów. Zresztą wybitny działacz socjalistyczny Hitler ten sentyment odwzajemniał: „Żywię sympatię dla pana Roosevelta, ponieważ zmierza on prosto do swych celów, na przekór Kongresowi, lobbystom i biurokratom”. I rzeczywiście „nowy ład” w Stanach Zjednoczonych w krótkim czasie doprowadził kraj do skutków opłakanych – co pod koniec drugiej kadencji konstatowali nawet najwyżsi dygnitarze tej administracji: „Nigdy nie wywiązaliśmy się z naszych obietnic. Stwierdzam, że po ośmiu latach urzędowania tej administracji mamy dokładnie takie samo bezrobocie, jak kiedy zaczynaliśmy... A do tego kolosalny dług” – tak samokrytycznie opiniował w 1939 roku Henry Morgenthau, sekretarz skarbu i jeden z głównych autorów rooseveltowskiej „pierestrojki” kapitalizmu. Z całego dorobku tej rozbójniczej polityki gospodarczej, trwałością wykazały się chyba tylko wypracowane wówczas etatystyczne i zamordystyczne wzorce – ze sztandarową konfiskatą kruszców na czele (notabene: warto o tym pamiętać dziś, kiedy akurat nasze władze uznały za rzecz pilną położenie kresu anonimowości przy zakupie złota – sic!). Ale dla Polaków najstraszniejsze pozostaje dziedzictwo rooseveltowskiego militaryzmu.

Cóż bowiem robią imperialni gangsterzy stający w obliczu widma bankructwa? Rozpętują wojnę – jak kasjer, który ma manko w kasie, pierwszy musi zakrzyknąć: „Łapaj złodzieja!” Takie też wyjście z sytuacji wybrał FDR. Wcześniejsze wymiany komplementów z Hitlerem i deklaratywny pacyfizm ustąpiły miejsca nowej linii propagandowej – był to gwałtowny zwrot „przez rufę”; zważywszy, że jeszcze swoją kampanię wyborczą 1938 r. Roosevelt opierał m.in. na zapewnieniu, że nigdy nie zaangażuje Stanów Zjednoczonych w wojnę. Tymczasem zakulisowo realizował już zupełnie inną koncepcję, która – tak się przykro dla nas złożyło – z góry zakładała zniszczenie i zniewolenie Polski. Nasza historiografia teoretycznie zna już od dawna, ale wciąż jakby nie przyjmuje do wiadomości znaczenia raportów ambasadora Jerzego hr. Potockiego, który wówczas reprezentował Rzeczpospolitą w Waszyngtonie – jego poufne raporty ujawnili w swej „białej księdze” Niemcy (sic), ale ich autentyzm został później potwierdzony m.in. przez samego Potockiego. Wynika z nich, że Biały Dom już na przełomie 1938 i 1939 r. zakładał, że wojna w Europie skutkować będzie oddaniem połowy kontynentu pod władzę Sowietów. W raporcie przesłanym do Warszawy w listopadzie 1938 r. Potocki nie zostawia cienia wątpliwości, co do rzeczywistych zamiarów Anglosasów: zrobią wszystko, by rozpętać wojnę w Europie Środkowej.

Poprzednia
1 2

Wstępniak

Dostęp do serwisu

Wydanie papierowe, Android, iOS, WWW, ebook.

Komentarz rysunkowy

Felietony

Grzegorz Braun

1050 lat promesy cywilizacyjnej

Wraz ze Chrztem otrzymywali nasi przodkowie promesę na korzystanie ze wszystkich najwspanialszych skarbów cywilizacji opartej na dwóch filarach – nieznanych w innych kręgach cywilizacyjnych – rozdziale władzy świeckiej i duchownej i etyce bezwzględnej.

Grzegorz Braun

Kto kręci Wałkiem?

Lech Wałęsa rzeczywiście może traktować płatną współpracę z esbekami jako przelotny epizod o relatywnie niewielkim znaczeniu – na tle swej całożyciowej lojalności wobec bezpieki wojskowej.